Brak powołania? Dobrze mi z tym!

Od zawsze zazdrościłam innym świadomości tego, co chcieliby robić w życiu.

Nie mam pojęcia, skąd można czerpać tę wiedzę, że chce się zostać grabarzem, ginekologiem czy telefonicznym sprzedawcą szkoleń na temat hodowania alpak.

W przeszłości byłam otoczona przez ludzi, którzy na etapie niemowlęctwa wykazywali pierwsze predyspozycje w kierunku przyszłych zawodów. Najpóźniej w przedszkolu obierali cel i uparcie dążyli do niego, najczęściej kończąc w tym miejscu, gdzie sobie założyli. Małe paluszki przyszłych DJ-ów skreczowały po antycznej zastawie babci, przyprawiając ją o stan przedzawałowy; z niedojrzałych ust przyszłych fanów korporacji padały słowa takie jak dedlajn czy asap; odbywały się pierwsze pogrzeby jeszcze niedawno żywych mieszkańców Ziemi pokroju żab, chowanych w ziemi przy pomocy plastikowych narzędzi… Nie wiem i nie chcę wiedzieć, jak takie predyspozycje ujawniały się w przypadku przyszłych ginekologów, w każdym razie w tym czasie, kiedy inne dzieci odkrywały swoje powołanie, ja w spokoju oddawałam się takim czynnościom, jak leżakowanie bądź udawanie, że jestem kotem.

Czekałam na jakieś olśnienie. Przecież to musiało w końcu przyjść! Konieczność podejmowania życiowych decyzji zbliżała się nieubłaganie, ale w mojej głowie nie zapalała się żadna lampka. Kiedy nadszedł czas wyboru szkoły średniej, dokonałam go, kierując się głównie odległością tejże od mojego miejsca zamieszkania. Dwa budynki dalej było w sam raz. Na szczęście lub nie, było to technikum ekonomiczne, a nie na przykład szkoła dla przyszłych budowlańców. Po uzyskaniu dyplomu szkoły wyższej nadal nie wiedziałam, jakie jest moje powołanie. Ciągnęło mnie jedynie do śpiewania, ale z przyczyn oczywistych, takich jak brak umiejętności wokalnych, kariera piosenkarki była w moim przypadku raczej wątpliwa.

Szukanie pracy to dopiero była zabawa.

Najlepiej wspominam pierwsze zajęcie, które polegało na inwentaryzacji dróg, czyli sprawdzaniu stanu nawierzchni i przenoszeniu później uszkodzeń na kartkę w postaci rysunku technicznego. Każdego dnia jeździłam w inne miejsce ze śmiesznym kółeczkiem do mierzenia, które nadawało człowiekowi wygląd profesjonalisty. Poza tym zawsze marzyłam o tym, żeby nosić odblaskową pomarańczową kamizelkę. Dzięki niej czułam się jak ktoś naprawdę ważny, jak nieśmiertelny bohater, który dzięki samej kamizelce mógł poruszać się pieszo po drogach szybkiego ruchu bez obaw o swoje życie (no, przynajmniej w teorii). Niestety była to praca tylko na wakacje, nie okazała się też moją pracą marzeń.

Telefoniczny sprzedawca był ze mnie marny. Nikt nie chciał ode mnie nic kupować, czy też raczej ja nie miałam serca sprzedawać produktów firmy, w której pracowałam, a koordynatorka grupy zapraszała mnie do swojego biura na rozmowy tak często, że czasem wchodziłam tam, myląc to miejsce z własnym stanowiskiem pracy. Jako fakturzystka ciągle się myliłam i nie pamiętam już, ile razy wysłałam coś bez pobrania albo nie pod ten adres, co trzeba. Pracując w wyuczonym zawodzie jako księgowa w sumie też nie powalałam, choć tego dowiedziałam się dopiero we własnej firmie, bo wcześniej byłam tylko pracownikiem działu księgowości wykonującym czynności niezagrażające życiu lub zdrowiu. Myślałam, że przełom nastąpił, gdy otworzyłam swoją firmę, dla odmiany o profilu fotograficznym. Nie było to do końca przypadkowe, bo fotografia jako hobby towarzyszyła mi od lat, więc wydawałoby się, że w końcu jestem w domu. Z perspektywy czasu stwierdzam jednak, że wolę fotografować to, co chcę, a nie to, co mi każą.

Już miałam się załamać, że ja naprawdę nigdy nie znajdę sensu swojej egzystencji, kiedy przyszło mi do głowy, że… To jest super.

Jasne, fajnie jest mieć od urodzenia świadomość, kim się chce być i iść za głosem powołania. Tylko że dla mnie niekoniecznie byłby to dobry scenariusz, bo nie wyobrażam sobie robić czegoś przez całe życie, a poza tym ciężko by mi było się poświęcić dla pracy – a tak to zazwyczaj wygląda, kiedy chcemy zostać strażakiem, lekarzem czy kimkolwiek innym – to wymaga oddania dużej części siebie i swojego czasu, w zamian za satysfakcję i pieniądze.

A mnie satysfakcję daje różnorodność i możliwość uczenia się nowych rzeczy. To, że mogę dziś rzucić wszystko i próbować sił gdzie indziej. Przestałam traktować siebie jak niedojrzałą nastolatkę, która nie wie, czego chce. Może i nie wiem, ale na pewno wiem, czego NIE CHCĘ, a to w moim przypadku już wiele.

Zatem dziś piszę, co nie wyklucza wcale tego, że może jutro zechcę zostać kierowcą tira, bo wiem, że dla mnie brak powołania jest jak prezent od losu, z którego żal byłoby nie skorzystać.

  • Też tak miałem. Co gorsza czułem jakby z tyłu głowy swoisty przymus jakiejś specjalizacji co wpędzało mnie w zły nastrój . Po latach zmądrzałem poznałem siebie i zaakceptowałem to co niezmienne w mojej osobie. Nie jestem wojownikiem magiem łotrem cz rangerem specjalność mojej postaci to wieloklasowość 😉 i już nie mam zamiaru tego zmieniać. Pozdrawiam 😉

    • Fantastyczne podejście, o to właśnie chodzi! Pozdrawiam również 🙂

  • Wodze że mamy dużo wspólnego! Również nie wiem tak na prawdę co chce robić w życiu wiem że na pewno chce się rozwijać!
    Pozdrawiam

    • Właśnie! najważniejsze, to nie stać w miejscu 🙂

  • Mirka

    Miałam podobne przemyślenia jak Ty. Zawsze chciałam odnieść jakiś sukces j z podziwem patrzyłam na osoby, które już tak szybko wiedziały kim chcą być i gdzie jest ich cel. Czasem jednak wystarczy cierpliwie poczekać i rozwiązania przyjdą same.

  • Sylwia Cieslar

    Hmmm, a kto powiedział, że to zawód musi być powołaniem?

  • <3 fajne podejście 🙂 ja zawsze niby wiedziałam, a jak przyszło co do czego to jednak nie wiem 😀

  • Na wszystko w życiu przychodzi czas, bo życie to podróż z kimś, dokądś i w głąb siebie 🙂 a nasze miejsce też gdzieś tam jest, czy to w sensie zawodowym, czy też osobistym 🙂

  • Iza

    Myślę, że potrzebujemy i takich ludzi, którzy wybierają zawody z powołania, pasji lub/i wrodzonych predyspozycji, ale również tych wiecznie poszukujących, bo czasami właśnie z poszukiwań rodzi się nowa jakość. 🙂

    • Dokładnie, świat potrzebuje różnorodności 😉

  • Artur Gołębski

    Bardzo na czasie tekst,nie ma dnia mimo że coś już w życiu zrobiłem,nadal mam więcej pytań niż odpowiedzi lub co by było gdyby…..p.s Świetny opis o Mnie ,Pozdrawiam Artur

  • Chętnie pogadałabym z tobą dłużej na ten temat, bo też miałam (i mam nadal) brak umiejętności powiedzenia: TO JEST TA JEDNA RZECZ, KTÓRĄ CHCĘ ROBIĆ DO KOŃCA ŻYCIA. No zwyczajnie nie. Jak byłam mała, chciałam być weterynarzem. Na pierwszą rozmowę o pracę poszłam do zakładu pogrzebowego (malowanie trupów do trumny). Teraz pracuję w zawodzie, o którym nigdy bym nawet nie pomyślała. Lepiej doświadczać i próbować nowych rzeczy, niż nakręcać się we frustracji, że „inni wiedzą co chcą robić”. Bo zauważam coraz częściej, że tych „innych” jest może kilka procent na świecie – reszta ciągle szuka. 😉

    • Ja latami zastanawiałam się co ze mną nie tak i nawet próbowałam na siłę sobie wmówić „tak, to jest to”, ale siebie samego przecież nie da się oszukać 😉 dużo czasu upłynęło, nim zrozumiałam, że to nic złego. A pogadać to ja zawsze chętnie 🙂

  • Ula H.

    Nie zawsze praca zawodowa jest naszym powołaniem czy też pasją. Ale dobrze, że wiesz już czego na pewno nie chcesz robić. To już coś !

  • Olga Kraszewska

    Współczesne pokolenie tak ma. Macie tyle opcji, że nie wiecie co wybrać i nie wybieracie nic 🙂 Po za tym współczesność również dyktuje Wam, że wszystko jest ok, coś robic? ok, niczego nie robić tez ok, .. Jedno się jednak nie zmieniło: z czegoś trzeba żyć, prawda? ciagle musimy kupić chleb i masło. To prawda, że tych co wiedzą od zawsze co będą robić jest bardzo mało, ale jeżeli ta reszta nie będzie przygotowana nigdy nie zobaczy przechodzącej obok szansy i pozostanie na etapie szukania a nie znajdywania.Chance favors the prepared mind.

    • Coś w tym jest – jesteśmy przytłoczeni możliwościami. Ale to nie do końca jest złe, bo to, że poprzednie pokolenia zazwyczaj większość życia przepracowywały w jednym miejscu miało swoje zalety, ale też wady. Z jednej strony, wiadomo – bezpieczeństwo i stałość zatrudnienia, z drugiej jednak spora część osób mogła pomarzyć o zajęciu, które sprawiałoby im radość i satysfakcję. Dzisiaj jest inaczej, można szukać swojej drogi do skutku, ale to niesie ryzyko zagubienia się po drodze. No i nikt nie powiedział, że NIC nie robić jest w porządku – co to, to zdecydowane nie. Po prostu uważam, że nie każdy urodził się stworzony do jakiegoś konkretnego zawodu, ale to nie wyklucza życiowego spełnienia, nawet jeśli ostatecznie jest się człowiekiem-orkiestrą.

  • Świat jest teraz tak pełen możliwości, że aż szkoda decydować się na jedną rzecz do końca życia 🙂 warto próbować, sprawdzać, zmieniać 🙂 w końcu znajdzie się jakaś stała 😉