Kilka słów o chorych dzieciach w przedszkolu i ich bezdusznych rodzicach

Przeglądając internety, ciągle spotykam różne teksty na temat wzmożonej ilości chorób dziecięcych w okresie od stycznia do czerwca i od czerwca do grudnia. Jest tylko jedna słuszna, oczywista i powszechnie znana prawda, skąd biorą się te choroby. Otóż, zwiększony współczynnik zachorowań bierze się oczywiście wprost od Nich. Matek, które zieją ogniem, są potworami z trzema głowami (co najmniej) i robią Jedną Niedopuszczalną Rzecz, Przez Którą Nasze Biedne Maleństwa są Chore! Chodzi oczywiście o wysyłanie chorego dziecka do przedszkola. Temat wiecznie żywy, podejmowany przez blogerów mniej i bardziej poczytnych, powodujący wypieki na policzkach u najbardziej spokojnych i opanowanych rodzicielek. Pod tekstami toczą się wielkie bitwy na śmierć i życie, gdzie tylko czasem nieśmiało przebija się głos rozsądku, szybko zakrzyczany i pochłonięty przez matki. Matki, które wiedzą najlepiej.

LENIWE MATKI, BEZDUSZNI OJCOWIE?

Dlaczego dzieci chodzące do tego radosnego miejsca, zwanego przedszkolem, które bądź co bądź, dla rodziców pracujących jest wybawieniem, chorują częściej? Sprawa jest prosta. Matki wysyłają tam biedne dzieci w gorączce i kaszlu, a same cichaczem uciekają tylnymi drzwiami, że niby to nie ich. Trudno mi w to uwierzyć – że ktoś, kto sam jest rodzicem, wierzy w takie bzdury. Przecież martwimy się o te nasze dzieciaki, współczujemy im, chciałybyśmy nawet wziąć na siebie chorobę, jeśli by się dało. Dlaczego więc przychodzą nam do głowy matki, które patrząc rano na rozpalone dziecko, myślą: „o nie, znowu dziś nie odpocznę!” po czym aplikują dziecięciu wagon lekarstw i z ulgą przekazują pod opiekę paniom z przedszkola? Albo: „To straszne, przecież tak uwielbiam swoją pracę, mam dziś tyle ciekawych rzeczy do zrobienia, nie ma mowy, że zostanę z nim w domu!”? Ręka w górę, która z nas reaguje w ten sposób? Wierzę, że może znajdą się jakieś wyjątki, które tak postąpią, niezbadany ten świat, różne stworzenia po Ziemi chodzą. Ale zakładać z góry, że wszyscy tak robią? Inni, czyli kto? Każdy, tylko nie ja? Większość? Serio?

Zarzuty, o których czytam, są naprawdę absurdalne. Że to dziecko, co przyszło przedwczoraj z katarkiem, jest powodem, że dwa dni później trzy czwarte grupy nie ma w przedszkolu, że przez nie ktoś zachorował na zapalenie płuc i w pakiecie dostał jelitówkę i jeszcze zapalenie spojówek, bo wie pani, on tak ciągle choruje przez te matki bezmyślne co im się nie chce w domu posiedzieć z chorym potomkiem. Dlaczego potrafimy tylko zrzucać winę na innych, a nawet przez chwilę nie zastanowimy się nad realnym sposobem zmniejszenia liczby chorób u naszych dzieci? Łatwiej przecież powiedzieć: „To ona. To wina jej i jej dziecka” niż przyjąć do wiadomości, że uczestniczenie w takich konfliktach to marnowanie energii. Energii, którą powinniśmy wykorzystać do prawdziwej walki z chorobami. Łatwiej jest siedzieć na forach i zionąć nienawiścią do innych, niż zrobić coś samemu. I nie mam tu na myśli ustawienia pod ścianą wszystkich rodziców, których dziecko choć raz poszło chore do przedszkola i strzelanie do nich.

Chore dzieci w przedszkolu były, są i będą. Im szybciej to zaakceptujesz, tym lepiej dla ciebie. Kilkadziesiąt biegających dzieciaków zamkniętych w małej przestrzeni, którą ciężko w ciągu dnia porządnie przewietrzyć, to sytuacja, która zawsze będzie sprzyjała bakteriom i wirusom. Które, nawiasem mówiąc, spotykamy wszędzie – w sklepie, tramwaju czy w drodze powrotnej do domu. Które rozprzestrzeniają się jeszcze zanim twoja latorośl zakaszle. Tak naprawdę ciężko tych podstępnych zaraz uniknąć, i stąd biorą się w przedszkolach różne epidemie – nikt o zdrowych zmysłach nie wysyła do przedszkola dziecka z grypą żołądkową w pełni objawów, prawda?

CO WIĘC MOŻEMY ZROBIĆ?

Przede wszystkim, zamiast siedzieć na forach/blogach i planować zamach na cały świat, mówiąc innym co mają robić, proponuję  dokładniej przyjrzeć się temu, co jecie i poszukać jakichś fajnych przepisów. O ile łatwo nam ocenić, że inni rodzice są bezduszni, to tego, że sami niszczymy odporność dziecka – już nie widzimy. Najskuteczniejsza broń przeciw chorobom to dieta. Po krótce:

– dużo warzyw i owoców w każdej postaci

– wszelkiego rodzaju kasze

– żadnych sklepowych słodyczy

– żadnych słodkich napojów, tylko woda i niesłodzona herbata (nie czarna!)

– zamiana białego cukru na inne, naturalne sposoby słodzenia

– żadnych sklepowych słodyczy

– unikanie pieczywa (nie jestem zwolennikiem zastępowania białego pieczywa ciemnym)

– w okresie wzmożonego chorowania korzystanie z naturalnych wzmacniaczy odporności (odsyłam tutaj)

– zapomniałabym – żadnych sklepowych słodyczy.

Ilu rodziców w ten sposób dba o dietę dziecka? Nie znam statystyk, nie robiłam badań, ale śmiem sądzić, że niewielu (patrząc choćby na „moje” przedszkole, gdzie największe oburzenie wywołuje niemożność przyniesienia wafelków dzieciakom). Kto więc odpowiada za niską odporność u dzieci? Odpowiedź nasuwa się sama. Sorry, mamo i tato. Być może nie jest winna temu inna leniwa mama, która wolała „pozbyć się problemu z domu” i zaprowadziła do przedszkola chore dziecko.

DLACZEGO NIE MAM NIC PRZECIWKO DZIECIOM Z KATAREM?

Po pierwsze dlatego, że okres przedszkolny to moment, w którym dziecko uczy się walczyć z chorobami i jest to jak najbardziej naturalny objaw. Każdy musi przez to przejść, aby w późniejszym wieku dobrze sobie radzić w walce z chorobą. Nie da się inaczej przejść przez ten proces, jak właśnie poprzez kontakt z kimś chorym. Im częstszy, tym lepiej. Można by rzec, że mamy, które nie biorą L4 z powodu kataru, robią innym rodzicom przysługę.

Po drugie, często oceniamy sytuację zbyt pochopnie. Zazwyczaj kaszel i katar to po prostu poinfekcyjne pozostałości, niezbyt groźne dla otoczenia, lub reakcje alergiczne.

Po trzecie, żadna z mam nie działa z premedytacją przeciw własnemu dziecku, z lenistwa czy miłości do pracy. Nie biorę pod uwagę naprawdę wyjątkowych wyjątków. Mnie samej zdarzyło się być zaskoczoną dzieckiem własnym, które ni stąd ni z owąd zakaszlało ciężko w przedszkolnej szatni.

Nikt nie będzie izolował się w domu z lekkim przeziębieniem z myślą o tym, że może po świecie chodzi ktoś słabszy i jeszcze się od nas zarazi. Prawda jest taka, że kontakt z zarazkami jest czymś normalnym i prawidłowym, i jedyną osobą, która ma problem, jest ta, której dziecko nie ma odporności. I to ona powinna pomyśleć o zwolnieniu się z pracy/zaprzestaniu posyłania latorośli do przedszkola, jeśli coś jej nie pasuje, a nie żądać tego od innych.

 

  • Ostatnio rozmawiałam o tym z koleżanką. Ona mówi ze widziała już wszystko w szatni przedszkola włączenie z podawaniem dziecku antybiotyku i leku przeciwgorączkowego, także wierz mi niektórzy działają z premedytacją. Z resztą niania, którą do niedawna zatrudniałam pracuje teraz w żłobku i też mi sporo opowiadała na ten temat.
    Moje dziecko właśnie siedzi w domu bo w nocy dostało kataru a rano gorączki. Twierdzi, ze w przedszkolu był chłopczyk który kichał i kaszlał.