Nie masz ochoty na święta? Olej je!

Wczoraj miałam okazję zaobserwować nietypowe zjawisko występujące głównie w okolicach Bożego Narodzenia, choć wydaje mi się, że coś takiego widziałam pierwszy raz. Po całym dniu biegania po roztapiającym się śniegu, który bezlitośnie penetrował moje buty, kiedy niebo zaczęło przeciekać zimnym deszczem, a ja oczywiście nie miałam ze sobą parasola, bo kto by tam zaprzątał sobie głowę parasolem w pierwszy dzień zimy, postanowiłam ukryć się przed niesprzyjającym mi światem w popularnej kawiarni, aby wypić herbatę z przyprawami. Zajęłam idealny punkt widokowy naprzeciw galerii handlowej i chwilę obserwowałam, co się tam dzieje. Zaniepokojona zauważyłam spory tłum przed wejściem i jęłam się zastanawiać, co tam się wydarzyło, że wszyscy tak bezwstydnie jednoczą się ze sobą, zdecydowanie przekraczając cielesne granice własne i współtowarzyszy.

Nic wielkiego, to był po prostu ludzki korek przed wejściem do Świątyni Dobrobytu. Najwyraźniej wewnątrz było już tak wiele osób, że nie dało się wejść do środka, co potwierdzały osobniki przyklejone do szyb na każdym piętrze, patrzące błagalnym wzrokiem proszącym o ratunek. Ludzie wybijali szyby i skakali z okien, bo było im już wszystko jedno, czy przeżyją, byleby tylko opuścić czym prędzej to miejsce. Ciekawe, czy bob budowniczy, który projektował ten przybytek, wziął pod uwagę taką ilość ludzi wewnątrz, bo jeśli nie, to niebawem świat może obiec informacja o tragicznym zawaleniu się centrum handlowego w jednym z polskich miast.

A tak poważnie, to zacinały się tam drzwi, co tamowało ruch i uniemożliwiało swobodny przepływ ciał będących w fazie jeszcze-przed-świątecznym-rozrostem-wszerz.

W pierwszym odruchu przyszły mi do głowy same uszczypliwo-ironiczne myśli, ale po głębszym przemyśleniu zachciało mi się śmiać i ostatecznie chyba skłaniam się do uznania tego za zjawisko pozytywne. Bo wszyscy tak narzekają na Januszy i ich Grażyny, że biegają po sklepach jak opętani, kupując w promocji telewizor, zestaw wypoczynkowy i dziesięć kilo cebuli, a ja popatrzyłam na tych biedaków tłoczących się w galerii w celu zwiększenia PKB i zobaczyłam ludzi, którzy chcą sprawić radość swoim bliskim mniej lub bardziej trafionym prezentem. A że robią to trzy dni przed Wigilią? Wcale się nie dziwię. Po pierwsze, kiedy niby mieliby to robić? Większość ludzi pracuje dużo za dużo, poza tym mam wrażenie, że robienie świątecznych zakupów w listopadzie w towarzystwie zniczy i dmuchanych kościotrupów jednak trochę odziera tą czynność z magii, którą zaczynamy czuć jakoś na początku grudnia. Nie zmienia to faktu, że na całą sytuację patrzyłam z dystansem i doświadczeniem osoby, która temat prezentów zamknęła jakiś tydzień wcześniej. Być może, gdybym musiała uczestniczyć w tym szaleństwie, mój tekst brzmiałby trochę inaczej, kto wie.

Wolę ludzi biegających z wywalonym jęzorem i uśmiechem za prezentami, niż malkontentów płaczących co roku, że niech te święta już się skończą. Wszystko jest dla ludzi, ale na szczęście nie żyjemy za karę, a w dodatku w takich fajnych czasach, że za rezygnację z tradycyjnej kolacji nie ścinają głowy, więc bardzo życzę wszystkim, którzy nie znoszą tego czasu w roku, aby mieli możliwość spędzić przyjemnie czas z dala od świątecznych obrzędów. Doskonale rozumiem, że nie każdy to lubi albo po prostu nie ma ochoty z jakichś przyczyn na tą „szopkę”. Też nie miałabym ochoty na szopkę, bo szkoda energii na udawanie, że coś nas cieszy. Zresztą sama przeżyłam kiedyś święta, których nie było, mimo że uwielbiam tę magię, która unosi się w powietrzu, a nawet, jeśli się nie unosi, to można ją przecież wyczarować samemu i odrobinę posypać brokatem.

Te święta, o których wspomniałam, były najdziwniejszymi w moim życiu, bo nie było choinki, prezentów ani kolęd, był za to badziewny film „Maczeta”, wódka o smaku truskawkowym, bez której nie dało się tego oglądać, i frytki, które nie wyszły, a wszystko to w towarzystwie eks, który rzucił mnie dwa tygodnie wcześniej. Nie miałam ochoty na świętowanie, bo i nie było czego, a że znajdowałam się na totalnym rozdrożu życiowym, po prostu dałam sobie spokój. I świat się nie zawalił, a ja zrozumiałam, że przecież nic nie muszę. Rok później świąteczna energia pochłonęła mnie bez reszty na tyle, że przeżyłam najlepsze święta w moim życiu.

Chcę powiedzieć tylko, że najlepiej by było szanować się wzajemnie: zarówno ci, którzy oddają się bez pamięci świątecznej magii – tych, którzy wolą spędzić Boże Narodzenie pod kocem, czytając psychologiczne thrillery, jak i odwrotnie. Jestem pewna, że dla każdego na te kilka wolnych dni istnieje spersonalizowany scenariusz gwarantujący uśmiech i odpoczynek. Po prostu czasem trzeba przez chwilę zastanowić się czego naprawdę chcemy MY, a nie czego wymaga od nas rodzina czy co robimy pod presja wieloletnich tradycji.

I tego chciałam Wam wszystkim życzyć, bez względu na to, czy obchodzicie święta tradycyjnie, na luzie, czy wcale – szacunku, uśmiechu i umiejętności zaczarowania własnego świata, by był pełen puchatych kotów, czekolady, tęczy i wszystkiego tego, co Was uszczęśliwia. Dystansu i życzliwości – by nie traktować wszystkiego strasznie serio i by żyło nam się wszystkim milej. I oczywiście każdemu osobistego jednorożca, bo przecież jednorożec to podstawa!

Wesołych Świąt!

 

  • Bądźmy dla siebie dobrzy i uśmiechnięci cały rok! Nie tylko od Święta. 🙂
    Wesołych!
    Pozdrawiam 🙂

  • Dobrze to ujęłaś – spersonalizowany scenariusz to podstawa. A kiedy już się go ma, na Święta co roku czeka się z przyjemnością 🙂

  • Bardzo fajny post. Szcześćia i radości w nowym roku aby był bardziej pozytywny!

    • Dziękuję pięknie, życzę oczywiście tego samego! 🙂

  • Natalia_21

    Fajny post 🙂 Dobrze napisałaś 🙂

  • Fajny tekst, masz świetne spostrzeżenia. Takie święta po swojemu mają szansę być naprawdę magicznym czasem.