Rośnie liczba rozwodów. I całe szczęście!

Kiedyś. Ach, kiedyś to były związki. Ludzie wiązali się ze sobą z wielkiej miłości, a potem byli ze sobą aż po czasy, kiedy proteza biodra i szklane oko dość istotnie ułatwiały życie, a dzień był wypełniony takimi atrakcjami, jak niezakręcanie kurków z gazem czy poszukiwanie ścieżki do domu spod kontenera ze śmieciami. Na końcu tej życiowej drogi czekało pożegnanie ze światem, które odbywało się w jakiś wysublimowany i romantyczny, jak na wielką miłość przystało, sposób. W końcu nadchodził ten dzień, gdy on zapomniał, że ona zapomina zakręcić gaz, i wysadzają pół bloku w powietrze, ginąc w objęciach, albo zamarzają, trzymając się za ręce, w trakcie wielogodzinnej wędrówki wkoło własnego bloku, bo nie pamiętali, czy mieszkają pod 76, czy bardziej pod 67. Cóż, takie uroki starości.

No tyle, że nie. Z moich obserwacji wynika, że ludzie w większości wiązali się ze sobą, bo tak trzeba, a im bardziej patrzymy wstecz, tym bardziej widać, że te decyzje były raczej wysokorozsądkowe/przymuszone/nie zawsze podejmowane przez samych zainteresowanych. Tak, owszem, w niektórych przypadkach uczucie przyszło później i wszyscy żyli długo i szczęśliwie, potwierdzając to co rok kolejnym potomkiem, co było niezaprzeczalnie objawem afektu, gdyż nie było wtedy takich motywacji zewnętrznych, jak na przykład pięćset plus. Nie wszyscy jednak mieli tyle szczęścia, a jedyne co im pozostało, to dostosować się do panujących warunków, czego stopień trudności zależał od tego, jakiej płci było się przedstawicielem.

To mit, że szalona miłość znana z filmów jest mocną stroną poprzednich pokoleń. No, chyba że mówimy tu o czasach wojny, kiedy to żony żegnały swoich mężów czule i namiętnie, a potem nie było ich w domu przez kilka lat, znaczy się mężów, nie żon, ale mimo tego uczucie między nimi kwitło i miało się w najlepsze. W szczególności, kiedy taki mąż poległ, wtedy to już ich miłość miała wymiar ponadczasowy i faktycznie była po grób.

Tyle że gdybym ja miała kochać wspomnienie po moim partnerze, który jest tam gdzieś na świecie, albo jego zdjęcie, to jestem przekonana, że to byłoby uczucie bez skazy, pozbawione wszelkich konfliktów i najbardziej romantyczne z możliwych. Naprawdę, czuję, że byłabym wtedy najlepszą partnerką na pod słońcem i każdego dnia spędzałabym wiele godzin, pracując nad tą relacją, myśląc o ukochanym w samych superlatywach. Niestety, większość historii traktujących o miłości, która przezwycięży wszystko, łącznie z konfliktem zbrojnym, urywa się w momencie powrotu delikwenta do domu, ewentualnie jego śmierci, a mnie zawsze ciekawi, jak potoczyłyby się losy tego wzniosłego uczucia, gdyby dostąpiło ono zaszczytów brodzenia w codzienności, bo to ona jest największym pogromcą namiętności po wsze czasy.

Jeśli prawdziwa miłość jest wtedy, kiedy uczucie tkwi w naszych głowach, nie mając zbytnio kontaktu z rzeczywistością, to nie wiem, po co ja tworzyłam te wszystkie relacje, które do tej pory w moim życiu odegrały jakąś rolę, skoro w tej dziedzinie osiągnęłam już wszystko jakieś dwadzieścia lat temu, wzdychając do plakatu Eminema. Można się trochę ze mną nie zgodzić, bo przecież on o tym nie wiedział, ale jestem pewna, że gdyby wiedział, to kochałby mnie tak samo, jak ten mąż na wojnie kochał swoją żonę.

Nietrwałość relacji nie jest spowodowana pogorszeniem umiejętności utrzymania związków, bo zakładam, że nasi pradziadkowie niespecjalnie zajmowali się zgłębianiem uczuć swoich partnerek i było im obce „10 sposobów na poprawienie humoru kobiecie z syndromem PMS”. To był czas, kiedy każdy znał swoje miejsce w domu i płeć żeńska zwykle niewiele miała do gadania. Żaden z naszych przodków nie dbał o relacje międzyludzkie tak, jak my teraz. Internet jest przepełniony stronami i kanałami na YouTobe, które traktują o tym, jak zjednywać sobie ludzi. I często to jest właśnie powodem, że ludzie się rozstają, bo mają coraz większą świadomość siebie i swoich potrzeb. Potrafią odejść w odpowiednim momencie, zamiast męczyć siebie, dzieci i sąsiadów, tkwiąc w związkach bez przyszłości, w których przeważa frustracja, przekleństwa lub przedmioty codziennego użytku wymierzane w kierunku domowników w godzinach popołudniowych. Albo po prostu wolą żyć w pojedynkę.

A że człowiek z natury nie jest, wbrew pozorom, monogamistą, większa świadomość prowadzi do tego, że ludzie się rozchodzą, i według mnie to wcale nie jest negatywne zjawisko. Nie jestem osobą, która gloryfikuje bycie razem od przedszkola, aż po imprezę z czarnymi balonikami, bo ludzie są różni w różnych momentach życia, a to, że kochaliśmy kogoś całym sercem w wieku sześciu lat, bo połączyło nas zamiłowanie do lodów „Kaktus”, nie musi oznaczać, że w wieku lat trzydziestu sześciu będzie tak samo, bo może teraz jedno z nas woli wegańskie lody rzemieślnicze z fasoli. My się zmieniamy, nasze cele również, a na świecie jest przecież mnóstwo fantastycznych ludzi. Dlatego, zamiast dołączać się do zbiorowego narzekania na obecne czasy, cieszmy się po prostu, że każdy ma prawo dziś żyć tak, jak chce.

 

  • Dominika Kurzak

    Bardzo słuszne uwagi, mam nadzieję że coraz więcej ludzi będzie tak myślało

  • Dokładnie tak, już nie musimy być ze sobą na siłę, chociaż wielu mówi, że teraz wspólny kredyt silniej spaja niż uczucie.

    • Masz rację, to niestety prawda. Ludzie teraz bywają tak spętani zobowiązaniami, że ciężko potem utrzymać się w pojedynkę mając na głowie kredyty.

  • Oj, Moniko, Moniko, jak ja lubię Ciebie czytać…
    Powiem Ci, że bardzo podziwiam ludzi, którym udało się uytrzymać te młodzieńcze związki i wprowadzić je w dorosłość i być razem -i to szczęśliwie- nadal. Znam takie pary:)
    Tych utrzymywanych z wygody/lenistwa/z powodów ekonomicznych/niby z powodu dzieci jest jednak więcej… Smutniutkie to. Szkoda życia.

    • O to to. Związki potrafią być naprawdę fajne, dobrze, że są jeszcze na świecie szczęśliwe pary! Ale bycie ze sobą na siłę jest bezcelowe. Inna kwestia, że ludziom często ciężko się z takich układów wyplątać z różnych względów, ale to już chyba pomysł na osobny wpis…

  • Ciekawy temat poruszyłaś. Dla mnie to zaskakujące, że jest tyle rozwodów. Mimo to uważam, że lepiej się rozstać, niż nie dogadywać się z drugą osobą.

  • Najfajniejszy rozkmino-lajfstajlowy wpis jaki ostatnio czytałam!

    • Dzięki dzięki! Dobrze to ujęłaś, nigdy nie wiem, jak skategoryzować te swoje wpisy ; )

  • Danuta Brzezińska

    Zawsze uważałam, że nic na siłę, a już na pewno nie związek. Jednak kiedy sie rozwodziłam nie wszyscy byli z tego faktu zadowoleni.

  • Bartosz

    Czasy kiedy ludzie potrafili kochać się aż do śmierci niestety już za nami 🙁

  • Ciekawy post, temat. Mam nadzieje, ze mąż i ja będziemy takim małżeśtwem jak nasi dziadkowie i rodzice – do końca…

  • Nawet wsrod moich znajomych w wieku 30 lat sa juz po rozwodach 🙁

  • Obrzydliwie dobry tekst. Jestem zazdrosna!

  • Ciekawy punkt widzenia. Można pokusić się o stwierdzenie, że coś w tym jest. „Było nam 5 lat temu razem dobrze, teraz już nie do końca. No to cześć”. Teoretycznie ok, ale… kryzysy się zdarzają, jak nie z tym partnerem/partnerką to z inną. W życiu jest wiele zmiennych, które mogą wpłynąć na funkcjonowanie związku. Może wystarczy poprawić kilka drobnostek i znów będziemy czuć motylki w brzuchu?
    Może nie trzeba się rozstawać bo partner nie rozpoznał i nie zareagował odpowiednio na PMSa trzeci raz z rzędu?
    A może to już zaszło za daleko? No właśnie. Wydaje się, że różnica pomiędzy dawnymi czasami, a współczesnymi to przesunięcie tej granicy. Kiedy to już jest „za daleko”? Kiedy trzeba przestać walczyć, starać się dla drugiej osoby? Onegdaj nie było „za daleko”. Jesteśmy razem aż po grób i basta!
    Teraz „za daleko” może być nieco dłuższy brak zrozumienia.
    Okej nie rozpisuje się już, pozdro!

    • Grunt to chyba wyczuć ten odpowiedni moment, kiedy dwoje ludzi (albo, niestety, jedno z nich) zaczyna się po prostu męczyć ze sobą nawzajem. Chyba największy plus tych czasów jest taki, że można kierować się swoimi wartościami i głową, a nie zastanawiać co ludzie powiedzą, i co za tym idzie, nie trzeba się skazywać na przykład na wieczną frustrację czy nawet przemoc. Z drugiej strony, faktycznie niektórzy mogą po prostu to wykorzystywać i pod byle pretekstem odchodzić, a to też nie w tym rzecz. Jeśli ktoś woli być sam, albo spotykać się bez zobowiązań to też jest ok – najważniejsze, żeby celowo nie krzywdzić innych osób i stawiać sprawę jasno. A w związkach, to wiadomo – komunikacja, rozmowa, szczerość. Niby takie oczywiste, a tak często to wygląda zupełnie inaczej. Kurcze… temat rzeka. Dzięki za komentarz!