Skłonność do nietypowych sytuacji

Na wstępie chciałabym powiedzieć, że nie jestem osobą, która ma pecha. Jestem osobą, która ma skłonność do nietypowych sytuacji.

Czasem życie daje mi odetchnąć. Nagle zaczyna być podejrzanie spokojnie, a rzeczywistość pomału przypomina coś na kształt stabilizacji. Przyjmuję sobie te dary losu i przyjmuję, aż nagle uświadamiam sobie, że coś tu, do diabła, nie gra.

Za oknem lato w pełni. Któregoś ranka w pracy szef oznajmia mi, że od teraz, gdzieś przez miesiąc mogę pracować z domu. Miesiąc! Przyszłość jawi się w tęczowych barwach. Jako, że praca z domu wiąże się z wieloma korzyściami, uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Pośpię dłużej, zaoszczędzę czasu na dojazdy, oczyma wyobraźni widzę siebie z laptopem na kolanach w różnych miejscach. W parku, na basenie, Majorka może…?

W drodze powrotnej komu się tylko da, łącznie z przypadkowymi przechodniami i innymi stworzeniami żywymi, których życiowe drogi tamtego dnia się przecięły z moimi, przekazuję szczęśliwą nowinę. Podsłyszał ją również syn mój czteroletni. Musicie wiedzieć, że wykazuje on dość wysoką skłonność do komplikowania nader prostej rzeczywistości, a nosa do moich urlopów, zwolnień czy pracy zwanej „z domu” ma niebywałego, skubaniec.

Anyway.

Dnia drugiego pozornej wolności (bo jednak trzeba pracować, acz godziny – dowolne), zastanawia się człowiek, jakby tu wykorzystać ten niespodziewanie dany mu czas. Po odprowadzeniu nieletniego członka rodziny w miejsce zapewniające należytą opiekę na czas nieobecności rodziców, zwane przedszkolem, jął ów rodzic rozmyślać, co zrobić z tym ledwo co rozpoczętym, letnim dniem. I choć rozum podpowiadał, że najpierw obowiązki, potem reszta, tym razem został wraz ze swoimi rozsądnymi myślami w domu.

Trudno się dziwić, oto świat stanął otworem przed osobnikiem zamkniętym przez sporą część swojego życia w biurze. Żeby usprawiedliwić się nieco, postanowiłam uprawić jakąś aktywność fizyczną, gdyż jest to obszar w moim życiu nieco zaniedbany, można by wręcz powiedzieć obrazowo, że ląd ten nie został jeszcze odkryty. Nie mogąc się zdecydować pomiędzy rowerem a bieganiem, w ostateczności wybieram rolki. Sport ten uprawiam od czasów niemowlęctwa, więc w obawie przed zbyt wielkim szokiem spowodowanym ruszaniem tym i owym, wybór pada właśnie na niego. W końcu mniej boimy się tego co znane.

Trening był wyczerpujący, endorfiny zostały uwolnione, wszyscy przeżyli, a równowaga w przyrodzie została zachowana. Po krótkim prysznicu, kiedy to mój tyłek był w ¾ drogi, którą musiał zwykle pokonać, aby usiąść (miałam zamiar sumiennie pracować, przysięgam), zadzwonił telefon. Większość rodziców zna to ukłucie w sercu, kiedy spodziewając się co najwyżej pana z Orange z ofertą, na wyświetlaczu ukazuje się napis „PRZEDSZKOLE”. Tym bardziej drugiego dnia pracy typu home office. Tyle dni, tyle planów… (Zasada numer 333: jeśli masz dziecko, nie planuj. Mów o sobie, że jesteś spontaniczny).

– Dzwonię z przedszkola w sprawie syna…

Może to nic ważnego. Ot, w środku dnia, taka tam rozmowa, może jakaś płatność nie dotarła czy coś..

– … chyba złamał rękę.

Uch, no to faktycznie. Kto by się tam bawił w gorączkę czy nawet jelitówkę! Z grubej rury, nie ma co. Przecież 30 dni pracy z domu to nie przelewki, przeziębienie na pewno skończyło by się w tydzień, a co z pozostałymi trzema? Tutaj trzeba było wytoczyć najcięższe działa.

Jako, że wyjątkiem nie jestem i wszelkiego rodzaju przychodnie napawają mnie lękiem, przez chwilę nie dociera do mnie, że ja jestem matką tego oto młodzieńca, lat cztery, który najprawdopodobniej uszkodził się dość poważnie. Potem przypomina mi się także, że młodzieńcem tym zajmuję się sama, nie jestem zmotoryzowana i nie mam bladego pojęcia co się robi z dziećmi, które złamały rękę. Przez chwilę rozważam, czy nie zadzwonić do mamy, ale kiedy wyobrażam sobie pełne paniki okrzyki typu:

-Złamał rękę? Ale jak to, kto, gdzie?! Jak to w przedszkolu? I co teraz? Wszyscy zginiemy!

stwierdzam, że biorę to na klatę i poradzę sobie sama. Uzbrojona w wózek i prowiant, odbieram młodego osobnika z trzęsącą się bródką z przedszkola i udajemy się na wycieczkę do krainy polskiej służby zdrowia.

Niestety, w moim mieście nie funkcjonuje coś takiego, jak pogotowie. Postanawiam więc udać się do pobliskiej urazówki (20 minut pieszo w jedną stronę). Tam okazuje się, cóż za pech, kto by się spodziewał, że nie mogą nas przyjąć, bo to nie jest szpital dziecięcy, ale uprzejma pani zapyta pana doktora. Okej, pewnie, niech pyta, nie uśmiecha mi się jechać na drugi koniec miasta, tym bardziej, że nic się nie zmieniło i samochodu nadal nie posiadam.

Czekam, a w międzyczasie ustawia się kolejka sześcioosobowa, której obsłużenie zajmie pewnie tyle, co watahę babć w mięsnym 3 dni przed świętami (czyli jakieś sto godzin). Po dwudziestu minutach okazuje się, że jednak mogę się w tej kolejce ustawić na szarym końcu. Przyjmuję to z ulgą.

Po załatwieniu zbędnych formalności zasiadamy w korytarzu, aby czekać. Jak wiadomo, czas oczekiwania na przyjęcie w takich miejscach wynosi od godzin 2 do nieskończoności, mimo wszystko zastanawiam się, czy zabieranie ze sobą poduszki i kołdry to nie jest lekka przesada. Nie nudzimy się zbytnio, czas umilają nam wesołe pogawędki z innymi, których życiowa droga zaprowadziła dzisiaj w to samo miejsce. To świetny sposób na spędzenie miłego popołudnia inaczej niż zwykle, a także niesamowita okazja do nawiązywania nowych znajomości.

Przykładowo, jednemu panu kazali siedzieć w poczekalni na krześle ze złamaną kością udową, a po czterech godzinach udało mu się uzyskać prawo do łóżka. Nie rozmawiał z nami, ale jego historię mogliśmy poznać dzięki temu co mówił do siebie, kiedy akurat nie przeklinał. Potem była jeszcze pani w ciąży z wypadku samochodowego, a już naprawdę nieswojo poczułam się, kiedy przywieźli pana, któremu maszyna obcięła rękę. Niestety nie wiem, czy jemu też kazali czekać, gdyż w końcu sami zostaliśmy przyjęci.

Potem to już standard – zdjęcie RTG, diagnoza, złamanie jak nic, gipsik na 4 tygodnie. Jakie to szczęście, że akurat w tym miesiącu pracuję zdalnie. Docieramy z Młodym do domu po 21:00, biedak pada w sekundę, choć trochę mu niewygodnie. Ja oszołomiona, jeszcze nie bardzo wiedząc, co mnie czeka w przyszłości, przypominam sobie, że przecież dzisiaj nie popracowałam. Kładę się spać, kiedy ptaszki podśpiewują radośnie, jakby nie mogły odpuścić chociaż ten jeden raz.

Reszta dni upływa mi na codzienności z połamanym czterolatkiem, któremu poza tym, że z gipsem nie może chodzić do przedszkola, nic nie jest. Ja wieczorami rozmyślam sporo, ciesząc się urokami pracy zdalnej z synem u boku, tęskniąc za pracą w biurze, kiedy to po 16 można było mieć czas dla siebie.

Ten dzień nauczył mnie wielu rzeczy:

  • Nigdy nie mów na głos, że masz możliwość popracować zdalnie
  • Zdanie w końcu egzaminu na prawo jazdy (patrz o tu: klikliklik) jest świetnym pomysłem
  • Nigdy nie obcinaj sobie ręki wieczorem, gdyż jest wtedy sporo ludzi na Izbie Przyjęć

…dobra, przyznam, niczego mnie nie nauczył, dalej naiwnie wydaje mi się, że wolno mi coś zaplanować i cieszę się jak dziecko, kiedy mam możliwość popracować z domu.

  • Okej, skłonności skłonnościami, ale zdjęcie z kopytnym rogaczem (jeleń, łoś) przypomniało mi sytuację, gdy wracając ze szkoły do domu spotkałam słonia na osiedlu. Duży, szary i zjadał listki z drzewa. Chwilę później pojawił się spanikowany człowiek, wyraźnie ucieszony, że widzi słonia i resztę osiedla w jednym kawałku.

    Słoń uciekł z ZOO.
    Nikt mi nie uwierzył.

    Pozdrawiam Cię ciepło, będę jeszcze zaglądać!

  • Z cyrku, ojejku, z cyrku uciekł, nie z ZOO! Ja ostatnio ciągle o tym ZOO i proszę.

    • Patrz Szerzej

      Piękna historia, to musiało być komiczne!

  • Ha hah ah aświetnie napisane 🙂 Kiedyś miałam przyjemność czekać w szpitalu i też byłam w szoku co tam się dzieje. Tez koleś z obciętym palcem czekał chyba 2 h i kałuża krwi pod nim aż się ktoś zainteresuje. I jeszcze kilkadziesiąt innych przypadków. Ja miałam „tylko” potworną migrenę i omdlenia, więc mną się nikt nie zajął 13h, co więcej położyli mnie na korytarzu w poczekalni pod jarzeniówką…