about
Kim jestem?
Niedoszła księgowa i autorka książek, których nikt jeszcze nie napisał. Nieprzyzwoicie niefotogeniczna, dlatego została fotografem. Posiada duży zasób autoironii i lubi odwracać kota ogonem. Na blogu pisze o społeczeństwie, relacjach i swojej skłonności do nietypowych sytuacji.
więcej o mnie

Czasem tak się dzieje. Rodzisz się 3 stycznia w środę w godzinach przedpołudniowych, oznajmiając to całemu światu krzykiem, który odbija się w jądrze Ziemi i rezonuje, powodując gdzieś na świecie tsunami, zasypiasz, a potem budzisz się 30 lat później i okazuje się, że nienawidzisz swojej pracy. To jeszcze byłoby do zniesienia – okej. Masz nudne zajęcie zupełnie niedopasowane do własnych potrzeb i umiejętności? W takim razie czas na zmiany. Beznadziejny szef? Rzuć pracę i znajdź nową. Ludzie nie tacy? Rzuć pracę i znajdź nową. Masz dosyć wciskania ludziom przez telefon innowacyjnej pułapki na myszy, która odmieni ich życie? Rzuć pracę i znajdź nową. Nie stać cię na masło i jajka? Rzuć pracę i znajdź nową. Gdyby chodziło tylko o to, że ktoś nie lubi swojej pracy, ten tekst mógłby się kończyć w tym miejscu, ewentualnie okraszony kilkoma radami jak zmotywować się do zmian i dlaczego życie na bezrobociu nie jest tym, czego powinieneś chcieć od życia.

Ale problem jest głębszy i bardziej złożony. Nagle uprzytomniasz sobie, że nienawidzisz pracy na etacie w ogóle! Czy po takim odkryciu egzystencja może mieć jeszcze jakiś sens? Ciągle masz wrażenie, że życie przepływa ci przez palce. W końcu jedną trzecią doby poświęcasz na jakieś czynności, których wcale nie masz ochoty robić. Jeśli do tego twoje wynagrodzenie nie jest przyzwoite, w oczy zaczyna cię gryźć dym wypalenia zawodowego. Sytuacja jest patowa, bo niestety praca na etacie to złota (lub srebrna, lub w ogóle z tombaku – w zależności od wielkości wypłaty) klatka, która z jednej strony nas totalnie ogranicza, a z drugiej – nie jesteśmy w stanie bez niej przeżyć w dżungli codzienności, która każdego dnia zaskakuje nas tym, po ile dzisiaj masło i litr benzyny.

Wewnątrz siebie też nie jest wesoło. Myśli potrafią być naprawdę posępne w takiej sytuacji, bo przecież 99,99999% społeczeństwa potrafi się przystosować i każdego dnia znosić taki scenariusz. Niektórzy nawet lubią swoją pracę!!!!11one. W takim razie co ze mną jest nie tak? Jestem wybrakowanym leniem, który został pozbawiony pierwiastka odpowiedzialnego za radosną pracę na rzecz innych? Konsultacje z ludźmi często tylko pogłębiają ten stan, bo ciężko znaleźć zrozumienie wśród rodziny czy przyjaciół, szczególnie, jeśli sami całe życie spędzili na pracy etatowej.

Co w takim razie zrobić w takiej sytuacji? Zagryźć zęby i czekać, aż „zmądrzejemy” czy może podjąć jakieś kroki w kierunku zmian?

Po pierwsze: to normalne

Nie ma jednej recepty na idealne życie. Fakt, że większość ludzi w Polsce preferuje etat (w 2017 roku stwierdziło tak 2/3 badanych istnień) wynika z wielu kwestii, choćby z pozornego bezpieczeństwa czy po prostu z tego, że nie znają innej formy i wydaje im się to poza zasięgiem. Wielu z nas daje się wciągnąć w tę pułapkę, bo schemat dla każdego wygląda przecież podobnie – najważniejsze to mieć same piątki, żeby później kawę parzyła nam pani Kasia w czasie, kiedy my robimy karierę. Kto z nas nie słyszał podobnych bajek? Niestety z rzeczywistością ma to tyle wspólnego, co składka ZUS z wysoką emeryturą – niby każdy ma na to nadzieję, ale i tak kto może, ten zbiera do skarpety.

Co gorsza okazuje się, że często to ci ludzie, którzy nie potrafili się podporządkować już w czasach szkolnych, poszli własną ścieżką i leżą właśnie na plaży nasłuchując, jak ciężko pracuje ich kapitał, a ci, którzy gnali za dobrymi ocenami, układają w równym rządku pasztety na półkach. Dopóki oprócz Czerwonego Kapturka będziemy w dzieciństwie słyszeć bajkę o Czerwonym Pasku, co to otwiera szeroko drzwi na świat każdemu, kto go posiadł, dopóty będą się zdarzać takie historie. Nie każdy nadaje się do pracy na etacie, tak jak nie każdy będzie dobrym przedsiębiorcą. Nie ma co zmuszać się do przerzucania papierków na biurku, jeśli w środku roznosi cię kreatywność i czujesz, że się dusisz.

Po drugie: rzuć to w cholerę

Nie namawiam nikogo do rzucania pracy z dnia na dzień, chyba że na twoim koncie spoczywa sowitych rozmiarów poduszka finansowa, na której będziesz spał każdej kolejnej nocy. Trzeba się zastanowić, co najbardziej przeszkadza ci w obecnej pracy: szef, który ciągle coś każe robić? Sikanie o 12, kiedy ty wolałbyś o 11? Przymus obecności w biurze przez 8 godzin? Być może rozwiązanie nie musi być aż tak radykalne. Może wystarczy możliwość pracy zdalnej kilka dni w miesiącu albo całkowite przejście na pracę w domu? Warto pomyśleć o różnych rozwiązaniach, które byłyby możliwe i do przyjęcia. Polecam zajrzeć do książki Tima Ferrisa „4-godzinny tydzień pracy”, w której znajdziemy rozdział o tym, jak przejść całkowicie na pracę zdalną i oczywiście wiele więcej. To jedna z tych pozycji, po których życie już nigdy nie będzie takie samo.

Najpierw i tak będziesz musiał odłóżyć pieniądze, które pozwolą przetrwać pierwsze miesiące bez pracy (tylko nie ruszaj tych ze skarpety!). W międzyczasie możesz spróbować działać na dwa fronty i robić po godzinach pracy to, czym chciałbyś się docelowo zająć. Lepiej sprawdzić, jak tam ma się rynek i czy jest gotów przyjąć kolejną osobę, która będzie dziergać na drutach hipsterskie kapcie dla kotów.

Po trzecie… nie wpadnij z deszczu pod rynnę

Etat ma jedną niezaprzeczalną zaletę: kiedy zamykasz za sobą drzwi biura, wiesz, że od teraz to jest twój czas. Nie zaprzątasz sobie głowy, że zamiast obejrzeć odcinek serialu czy biegać mógłbyś nadal pracować, a tym samym zarabiać. Ten jasny podział praca/odpoczynek to coś, o czym szepczą pod nosem wszyscy przedsiębiorcy, kiedy widzą spadającą gwiazdę. Niestety w przypadku własnej działalności trzeba wykazać się nie lada wysiłkiem, żeby wypracować taki system (istnieje legenda, że komuś się udało i żyje gdzieś w dalekich krajach). Początkowo jesteś tym co robisz, a myśli cały czas wiją się wokół firmy i oplatają umysł trochę za ciasno, bez względu na to, czy wystawiasz fakturę, czy klepiesz kotlety na obiad.

Jeśli chcesz rzucić pracę, bo uważasz, że zabiera ci zbyt wiele czasu, to bądź przygotowany na to, że własna działalność zabierze go tyle samo i jeszcze pięć razy więcej. Polecam przeczytać książkę „Mit przedsiębiorczości” – doskonale wyczerpuje temat i jestem pewna, że może uchronić przed popełnieniem błędów. Z grubsza chodzi o to, że ktoś, kto zajmuje się rękodziełem, nie zawsze będzie dobrym przedsiębiorcą, i że czasem lepiej, żeby pracował dla kogoś, niż trawił energię na rzeczy niezwiązane z wytwarzaniem cudów, a które są konieczne przy prowadzeniu własnej firmy, bo to może prowadzić do szybkiego zniechęcenia i utraty serca do tworzenia czegokolwiek. Odpowiedź na pytanie jak to wszystko ugryźć, żeby było dobrze — do znalezienia wewnątrz książki.

 

Po pierwsze jeszcze raz… zastanów się, co możesz robić

Jeśli nienawidzisz nie tylko pracy na etacie, ale i pracy w ogóle (piąteczka), to nie mam dobrych wieści. Niestety nie ma cudownej recepty na to, żeby nie pracować, a liczenie na spadek czy wygraną w Lotto to raczej marny pomysł na przyszłość (choć kuszący, nie powiem). Szukania bogatego współmałżonka też nie polecam, ponieważ za bardzo cenię sobie w życiu samodzielność i chętnie namawiam do niej innych.

W każdym razie o ile nie planujemy żyć w gliniance i żywić się zupkami z żuczków i szczawiu, będą nam potrzebne pieniądze, które to najlepiej mimo wszystko zarobić, i jakieś umiejętności, które to najlepiej już mieć. W ostateczności można przejrzeć internet w poszukiwaniu pomysłów, ale z tym bywa różnie, bo zwykle wszystko wydaje nam się taaaakie łatwe, a potem przychodzi rzeczywistość, i okazuje się, że maszyna do szycia wcale nie szyje sama, a już tym bardziej prosto, rośliny w słoikach padają jak muchy, a napisanie prostego tekstu za 2 zł zajmuje godzinę (nie, żebym sprawdziła to na sobie, hehe). Na wszystko trzeba poświęcić określoną ilość czasu, żeby wychodziło na tyle, by móc sprzedawać to innym.

Najgorsze w całej tej sytuacji to nie zrobić nic. Wiadomo, że nasz wewnętrzny przedszkolak pragnie tylko tego, by go głaskać i dać mu jeść, a nie żeby wywracać jego życie do góry nogami. Na szczęście jest ukryty głęboko w nas i nie ma prawdziwych rączek i nóżek, więc trudno – przez jakiś czas będziecie żyć w konflikcie. Popłacze i mu przejdzie, a każda zmiana będzie lepsza, niż bierne siedzenie w sytuacji, która jest źródłem frustracji.