Praca w domu. Oczekiwania kontra rzeczywistość

Pierwszy miesiąc: W końcu możesz przygotowywać sobie porządne śniadania. Twój tryb życia jest zdrowszy, a ty sam czujesz się znacznie lepiej, bo już nie musisz zadowalać się wafelkiem i sałatą. Poszerzasz horyzonty i na pierwszy posiłek robisz sobie szakszukę lub w ostateczności owsiankę z dodatkiem naturalnie wyselekcjonowanych owoców sezonowych, zerwanych osobiście w przydomowym ogródku, którego nie masz.

Drugi miesiąc: Okazuje się, że poświęcanie dwóch godzin na przygotowanie posiłku to zdecydowanie za dużo. Trzy razy w tygodniu wstajesz wcześniej, żeby poszaleć w kuchni, a w pozostałe jesz nadal zdrowo, ale nie pieczesz już chlebków pita, a owoce do owsianki zrywa pani Jadzia z warzywniaka tuż przed pracą.

Trzeci miesiąc i później: Najczęściej jesz kanapkę. Czasem zdarza ci się zjeść owsiankę, o ile masz zapas zamrożonych owoców z poprzedniego sezonu.


Pierwszy miesiąc: Po zaprowadzeniu dzieci w magiczne miejsce, w którym mogą przebywać one bez rodziców (błogosławieni, którzy je wymyślili), zwane przedszkolem, możesz napawać się ciszą i spokojem. Najedzony, z chęcią zasiadasz do swojego wypieszczonego biurka, które zorganizowałeś zgodnie z zasadami Feng Shui oraz wskazówkami z Pinteresta. Otwierasz szeroko balkon, ptaki śpiewają, słońce wpada do twojego domowego mini-biura, żaden z szefów nie stoi ci nad głową. Czasem pracujesz z laptopem na kanapie, a czasem na ławeczce przed domem. Czujesz wolność. Możesz wszystko.

Drugi miesiąc: Już nie otwierasz balkonu. Zbyt często rozpraszały cię rozmowy sąsiadów, bo mieszkasz przecież na pierwszym piętrze. Poza tym masz wrażenie, że śmieci z kontenera spod okna są wywożone 15 razy na dobę, a trawa odrasta natychmiast po skoszeniu, więc trzeba to robić bez końca. Do tego po osiedlu chodzi jakiś dziwny pan i śpiewa pieśni kościelne, a że osiedle jest małe, czujesz się jak podczas własnej komunii. Okazuje się, że siedzenie na kanapie z laptopem na kolanach boli cię w plecy, więc pracujesz tylko przy biurku. Na ławeczkę przed dom też już nie wychodzisz od czasu, gdy oglądałeś na YouTube filmik o skutecznej reklamie w internecie. Po 10 minutach zebrał się spory tłumek, który słuchał razem z tobą i klaskał, kiedy skończyłeś. Ktoś nawet położył obok ciebie drobniaki.

Trzeci miesiąc i później: Od zdarzenia z ławeczką nie wychodzisz już z domu. Rozważasz powrót do biura, ponieważ ktoś kupił mieszkanie piętro wyżej i postanowił zbudować w nim trzypiętrową willę z basenem. Masz przed sobą wizję remontu trwającego 12 lat, a nie jesteś pewien, czy możesz odliczyć koszt stoperów do uszu od podatku. Już teraz płacisz za nie miesięcznie więcej, niż za ZUS.


Pierwszy miesiąc: Oszczędzasz mnóstwo czasu, gdyż nie musisz dojeżdżać do pracy. Jesteś zadowolony i wypoczęty. Pracujesz o dowolnych porach dnia, często robiąc sobie przerwy. Sprzedałeś dwie suszarki do ubrań – każdego dnia sięgasz dna (w koszu z praniem), więc jedna w zupełności wystarcza. Najlepiej skupiasz się wieczorami, więc dużo czasu spędzasz przed komputerem po zmroku. Uspokajają cię odgłosy natury, słyszysz przez uchylone okno żaby, gdyż nieopodal jest staw. Czasem robisz sobie drzemki po południu. Kupiłeś nawet akwarele, żeby kreatywnie spędzać wolny czas, którego masz pod dostatkiem. Życie jest piękne!

Drugi miesiąc: Zaczynasz chodzić niewyspany – mimo, że praca w nocy jest fajna, to jednak trzeba rano wstać. Chociaż uczysz dziecko drogi do przedszkola na pamięć od dwóch miesięcy i jesteś pewien, że trafiłoby samo, to jednak prawo polskie tego zabrania i póki nie skończy siedmiu lat, musisz chodzić razem z nim. Chodzenie spać o 3 nad ranem jest głupie, bo wtedy zaczynają śpiewać ptaki, a jesteś pewien, że kilka z nich uwiło sobie gniazdo na twoim parapecie w sypialni. Od środka.

Trzeci miesiąc i później: Za pieniądze ze sprzedaży akwareli kupujesz z powrotem dwie suszarki na pranie.


Pierwszy miesiąc: Życie płynie wartko. Twoje dziecko chodzi do przedszkola, a ty pracujesz w domu. Zbudowałeś sobie perfekcyjny schemat funkcjonowania, dzięki któremu work-life balance zostaje zachowany. W weekendy dużo podróżujesz z rodziną.

Drugi miesiąc: Równowaga twojego ekosystemu została nieznacznie zachwiana. Dziękujesz sobie i losowi, że masz pracę zdalną, gdyż możesz przez kilka dni zająć się chorym dzieckiem i nikt nie ma do ciebie pretensji. Nie musisz szukać pomocy u twojej mamy ani żony brata sąsiadki, obok której mieszkałaś 12 lat temu, ale zawsze oferowała ci dozgonną pomoc przy dzieciach, jeśli będziesz je kiedyś mieć. Masz trochę mniej czasu dla siebie, ale rozumiesz to i akceptujesz. To tylko chwilowe.

Trzeci miesiąc i później: Od trzech tygodni nie wyszedłeś nawet na balkon, gdyż twoje dziecko jest na silnym antybiotyku i ma absolutny zakaz kontaktu z zewnętrzem. Nie jest najgorzej; za ostatni zasiłek z ZUS-u z działalności kupiłeś 3 bułki i cebulę i jeszcze trochę ci zostało. Mimo wszystko rozważasz telefon do byłego szefa z błaganiem, aby przyjął cię z powrotem. W połowie procesu wybierania numeru przypominasz sobie, że pracując na etacie czułeś się jak przywiązany metalowym łańcuchem do drzewa w ciemnym lesie. Z dala od cywilizacji. Ostatecznie praca w domu jest przecież najlepszym, co mogło ci się przytrafić!

 

  • Paulina L.

    Jakież to prawdziwe! Kosiarki, remonty, sąsiedzi i kanapka w biegu zamiast wypasionego zbilansowanego posiłku 😀 I do tego te ciągłe telefony z prośbami o drobną pomoc, no bo jeśli pracuję (siedzę!) w domu to mam czas… ale i tak nie zamieniłabym tej pracy na nic innego! 🙂

    • Patrz Szerzej

      Ja również : )

  • Hm… Ośmielę się nie zgodzić. Po pierwsze – świadomie nie mam dzieci, więc ten obowiązek mnie nie dotyczy. Pracuję w domu od lat i nie zamieniłabym tego na nic innego. Pracowałam również na etat i to był prawdziwy horror. Jeśli ktoś ma problem z organizacją pracy… No cóż, każdy problem da się jakoś rozwiązać. 🙂 W moim przypadku podjęcie pracy w domu nie zmieniło nic – nie poświęcam dużo czasu na celebrowanie swojego wolnego czasu, a raczej staram się doszkalać. Jeśli natomiast chodzi o hałas… Jestem mizofonikiem, więc przez większość czasu i tak latam po domu ze słuchawkami albo stoperami. W „normalnej” pracy nie miałabym tego przywileju. Dlatego nadal uważam, że praca w domu zdecydowanie wygrywa. 😉

    • Patrz Szerzej

      Jestem tego samego zdania! Etat to był mój koszmar przez parę lat. Każde z rozwiązań ma swoje wady i zalety, chociaż przyznaję, że naiwnie wierzyłam, że praca zdalna to tęcza i jednorożce ; )

  • Ewa

    Doceniam poczucie humoru i subtelną ironię 🙂
    Ja na myśl o powrocie na etat budzę się w nocy z krzykiem. I choć praca w domu to nie jest droga usłana różami, ja to po prostu kocham. Kto raz zazna wolności, nie odda jej tak łatwo 🙂

  • Dzieci nie mam w domu nie pracuje więc ciężko mi się odnieść do tematu. Praca na miejscu wydaje mi się wygodna bo nie trzeba dojeżdżać… gdy pogoda paskudna w domu ciepło to miło jak nie trzeba wychodzić

  • A do tego wszystkiego zawsze jest coś innego do zrobienia, niż praca zarobkowa 😉

  • hmmm ja tam się nie zgodzę. Od lat pracuję na swoim, teraz tylko w domu i mam nadzieję uniknąć powrotu na etat. Amen.
    fakt, że trzeba sobie poukładać i wpaść w pewien rytm pracy. I np. przyjąć zasadę że w domu pracujesz a nie sprzątasz. Zmywania przecież do biura się nie zabiera 🙂 itd. Ale mam tu komentować, a nie wpis robić 😀
    A chore dzieci i na etacie się zdarzają 😉
    Za to doceniam poczucie humoru 😀 pozdrawiam serdecznie – z domu oczywiście 😀

    • agrafka

      Niby tak, ale w biurze jest zawsze posprzątane, przychodzi się na gotowca. Na swoim trzeba sprzątać samemu, jak się chce mieć porządek. Nie zawsze udaje się na bieżąco, nie zawsze udaje się „po pracy” – czasem trzeba więc zrobić to w trakcie. Ja na przykład w ogóle nie umiem zabrac się do roboty, jesli wokół mnie nie ma porządku 😀 Dlatego zdarza się, że w tzw. „godzinach pracy” przetrę szybko kurze, poukładam ksiażki czy nawet poodkurzam podłogę.
      Grunt to robić wszystko z głową.

  • To takie pesymistyczne.
    co prawda ja pracuje na etacie i mam swoja firme dodatkowo, wiec nie znam rzeczywistosci „bezetatowej”, ale wydaje mi sie, ze zanim podejmie sie wazną decyzje o przejściu na swoje, nalezy rozważyc, czy posiadamy wystarczającą liczbe zamówień, klientów, transkacji, czegokolwiek na czym chcemy zarabiac, by posunąc sie do tego wielkiego kroku.

    Mysle, ze Twój wariant moze byc prawdziwy, ale w sytuacji, w której na hura, emocjonalnie rzucamy się na głeboka wodę bez przemyslenia wszystkich wariantów i zaplanowania dobrej strategi.

    Mam nadzieje, ze to nie jest Twój przykład z zycia wzięty?

  • Tak to jest. gdy jest się w firmie, to nie ma tyle rozpraszaczy co w domu. Za to praca w domu daje więcej luzu. Wszędzie są plusy i minusy.

  • 🙂 🙂 🙂 I tak mnie nie zniechęciłaś 😉

  • Artur Głowacki

    Na szczęście wiele razy praca zdalna jest opcjonalna, czyli można wybrać stacjonarkę. Co kto lubi 🙂

  • Ja pracuję w domu przez około 2 miesiace i jestem prze szczęśliwa:) Może dlatego, że nie muszę nigdzie dojeżdżać. Mieszkam na wsi, więc jednak dojazdy i koszty z tym związane przeszkadzały mi najbardziej.

  • Jest jeszcze jeden minus – sąsiedzi myślą, że jesteś bezrobotny, bo wychodzisz sobie w południe na spacer 😉

  • Jakie to prawdziwe 😀

  • Pracuję w domu od prawie 19 lat. Nie umiałbym już wrócić do miejsca, gdzie jest ileś biurek i iluś ludzi. Ale czasem zazdroszczę żonie, pracującej na etacie: wolne, święto, długi weekend, urlop, nie ma szefa, więc hyc do domu itp.

    Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma….

  • praca potrafi namieszać w głowie, nawet w domu;)

  • Ha ha dobre. Nie pracuję na freelansie ale zdalnie i pod wieloma punktami mogę się podpisać. A nic mnie tak nie irytuje jak placyk zabaw dla dzieci pod moim oknem i od wiosny do jesieni drące paszczę dzieciaki. Masakra. Dziękuję że nie mam mieszkania na parterze…