about
Kim jestem?
Niedoszła księgowa i autorka książek, których nikt jeszcze nie napisał. Nieprzyzwoicie niefotogeniczna, dlatego została fotografem. Posiada duży zasób autoironii i lubi odwracać kota ogonem. Na blogu pisze o społeczeństwie, relacjach i swojej skłonności do nietypowych sytuacji.
więcej o mnie

Czasem myślę sobie, że ja jestem jakimś wybrańcem losu. Rzeczy, które mi się przydarzają, już dawno przestały mnie dziwić, a obecnie już tylko je uważnie notuję. Niech przynajmniej coś z tego pozostanie dla ludzkości, poza radosnymi wspominkami, które powodują, że po policzkach płyną łzy wzruszenia i radości, najczęściej u rozmówców, bo u mnie, to raczej nie.

Z takich starszych spraw, to mogłabym na przykład przytoczyć sytuację, kiedy po długich miesiącach oczekiwań kupiłam sobie w końcu nowy telefon, a był to telefon nie byle jaki, bo wykonany z pięknych i błyszczących materiałów — podobno ze szkła, chociaż nie do końca w to wierzyłam, ale nie miałam zamiaru sprawdzać, ważne, że wyglądało dostojnie. I oczywiście było cholernie drogie.

Znając swoją ówczesną tendencję do denerwowania się w sposób nieadekwatny do sytuacji i wprawiania przedmiotów podręcznych w tryb jednostajnie przyspieszony, co skutkowało śmiercią natychmiastową słuchawek telefonicznych bez możliwości naprawy w rozsądnej cenie oraz wiązało się z powrotem do nieśmiertelnego Samsunga Chata, chciałam być mądrzejsza od siebie samej i zapobiec nieuniknionemu. Wspomnę, że ów Chat wyświetlacz miał wielkości szpilki, a zdjęcia, które robił, mogłyby spokojnie posłużyć za screeny z Minecrafta. Bateria za to trzymała trzy dni, więc na jednym ładowaniu dało się dwa razy wejść do skrzynki mailowej, napisać pół esemesa, a jak był dobry dzień, to dało się nawet przescrollować fejsa, ale to już była wyższa szkoła jazdy i bez odpowiedniej dozy cierpliwości kończyło się tak samo, jak podczas typowego emocjonalnego uniesienia, tylko że w przypadku Chata to nie działało i choćby nie wiem ile razy człowiek nim rzucał, i z jaką nadzieją go później podnosił, to on, do diabła, ciągle działał.

Mając świadomość tej swojej upierdliwej słabości, stwierdziłam, że bez supermocy nie dotknę nowego telefonu nawet w pudełku. Zresztą w moim przypadku już samo patrzenie mogło być ryzykowne, więc w momencie zakupu nabyłam ubezpieczenie, by w razie, gdybym się potknęła w drodze do domu, co nie było wcale takie nieprawdopodobne, nie cierpieć zbytnio psychicznie i materialnie z powodu zaistniałych szkód.

Żyliśmy sobie spokojnie, ja, telefon i ubezpieczenie, jakoś ze trzy dni; jak Bonnie, Clyde i OC, jak drużyna A i ubezpieczenie na życie, jak huba z drzewem i ubezpieczeniem zdrowotnym — w totalnej symbiozie, nie rozstając się nawet na moment. Czasem, ale rzadko, zdarzało mi się odłożyć telefon na stolik, ja wiem, są sprawy ważne i ważniejsze, ale mimo wszystko niekiedy trzeba było zachować pozory i porozmawiać z rodziną. Ponieważ istotna część życia pozostała jeszcze na nieśmiertelnym niczym Edward Cullen, Galaxy Chacie, nosiłam je razem, a miałam taki dziwny zwyczaj kładzenia telefonów jeden na drugim.

Dnia czwartego, siedząc na betonowym tarasie…

(ja wiem, myślicie od momentu, kiedy użyłam słowa „betonowy”, że wiecie, co się wydarzy, otóż nie wiecie i na pewno was zaraz zaskoczę)

Siedząc na tym tarasie, odłożyłam oba telefony na stolik, ale tak, że mały obły Chat spoczął na dole tej konstrukcji, a nowy, błyszczący i jeszcze ciepły smartfonik na górze. (ciepło, coraz cieplej…)

Ogólnie rzecz biorąc, Chat nadal ma się świetnie, ale nowy popędził w tempie błyskawicy w kierunku betonowego podłoża, oczywiście kantem, a potem zrobił salto i to było jak kanapka, która spadła posmarowaną stroną do góry, więc w normalnym przypadku zapewne bym się ucieszyła, bo upadł na tył, ale niestety to nie był ten dzień, bo jak się okazało, telefon miał ubezpieczony, owszem, ale tylko przód.

Tak. Tył też był szklany.

I tak oto po czterech dniach nastąpił kres ery pięknego, szklanego i nowego telefonu. I żyliśmy długo i szczęśliwie, ja, Samsung i pajęczynka z tyłu, a ubezpieczony wyświetlacz ma się dobrze po dziś dzień.