Przepis na eliksir sukcesu, czyli Blog Conference Poznań 2018

Kiedy jesteś introwertykiem i jedziesz pierwszy raz na Blog Conference Poznań, wiedz, że będzie się działo! Zakładam, że wcale nie umieracie z ciekawości jak było, ale to nic nie szkodzi, bo i tak Wam o tym opowiem.

Po co w ogóle jeździ się na takie konferencje? Człowiek — zwierzę stadne, więc lubi się gromadzić w klubach, gdzie może znaleźć innych jemu podobnych, bo samemu to wiadomo: niby wszystko fajnie, ale jednak czegoś brakuje. Więc jeśli jesteś górnikiem, to masz Barbórkę, jeśli uwielbiasz Fiaty 126p, to jeździsz na zloty fanów Maluchów, jeśli kochasz pietruszkę, to lecisz na targi rolnicze, a jeśli tak jak ja piszesz i z nie znanego nikomu powodu publikujesz to w internecie, to polecam wybrać się na Blog Conference Poznań. Szczególnie jeśli twój mąż/dziecko/przyjaciele/kot/storczyk mają już delikatnie dosyć rozmów o Marku Zuckerbergu i jego szalonych innowacjach.

Na BCP można spotkać influencerską brać, z którą nić porozumienia łapie się już w momencie pierwszego kontaktu wzrokowego, bo któż inny lepiej zrozumie dylematy okołoblogowe, jak nie inny bloger? Ponadto z takiej imprezy wyjeżdża się ze złotym pakietem inspiracji na najbliższe tygodnie,  chyba że trafiło się na warsztaty Pawła Tkaczyka, to wtedy może być różnie*. Co tu dużo mówić: warto ruszyć tyłek i doświadczyć tego wszystkiego na własnej skórze:

 

Prelekcje

Zawsze zastanawiałam się, czy na takich wykładach można się czegoś dowiedzieć, czy to tylko powtarzanie w kółko tych samych informacji. Bo w końcu jak długo można mówić o tym samym z powiewem świeżości? Oczywiście okazało się, że można, a tegoroczna edycja dla mnie była najlepsza, spośród wszystkich na których byłam do tej pory (to nic, że byłam tylko na jednej). Połączenie wiedzy, charyzmy prelegentów i ich odjechanego poczucia humoru oraz brokatu stworzyło prawdziwy eliksir influencerskiego sukcesu, po spożyciu którego nie ma innej możliwości, jak wpaść w kompleksy, bo nie jesteśmy tacy wspaniali jak oni znaleźć własną tęczę z garem złota na jej krańcu. Trochę uwiera, że nie mogłam się roztroić (rozpięcić?), bo zajęcia trwały równolegle w kilku salach, ale postaram się sklonować w przyszłym roku i nie stracić z wydarzenia ani chwili.

Kuluary & atrakcje

Jako że pierwszy raz uczestniczyłam w tak dużym evencie, czułam się dość oszołomiona zagęszczeniem rozpoznawalnych twarzy na metr kwadratowy. Wrażenie to mija z czasem i można się oswoić na tyle, żeby zacząć traktować współtowarzyszy jak prawdziwych ludzi, a nie tylko interaktywne wizytówki ich blogów i kanałów na YouTube. Zapewniam, że każdy z nich jest żywym człowiekiem z fantastyczną osobowością i własną historią do opowiedzenia. Aż żal nie podchodzić i nie zagadywać — polecam to wszystkim, a w szczególności sobie następnym razem.

Jeśli chodzi o atrakcje na miejscu — nie należę do malkontentów marudzących na wszystko wokół: bo ciekawych ludzi za dużo, bo torby które dostaliśmy nie pasowały kolorystycznie do butów i w ogóle kto to widział, żeby robić takie interesujące warsztaty. Niemniej naprawdę nie mam się do czego przyczepić, może poza tym, że czas jakoś zdecydowanie zbyt szybko płynął. Były konkursy z nagrodami, w których nic nie wygrałam (być może dlatego, że nie brałam w nich udziału); można było sobie robić selfiaczki różnego typu; nie mogło być mowy o głodzie, nawet jeśli dwa dni z rzędu zaspało się na śniadanie, bo karmili nie tylko wiedzą, ale i porządną strawą różnego typu; była kawa, której nie pijam i instagramowe babeczki — po prostu blogerskie żyć nie umierać.

Afterparty

O każdym afterparty zazwyczaj krążą legendy — ktoś był, ktoś coś widział, ktoś coś przekręcił, a potem okazuje się że panie! Cuda wianki się dziejo, kamery wyłączone, hulaj dusza, piekła nie ma. Co tam prelekcje, co tam networking, wiadomo, że after to gwóźdź każdej konferencji, gdzie alkohol leje się strumieniami wartkimi jak Tygrys i Eufrat, a każda z mijanych przez nas osób na imprezie ma znajomą twarz; zresztą im bliżej północy, tym bardziej te twarze wydają się znajome. A jak jest naprawdę? Nie wiem jak w latach poprzednich, ale w tym roku uświetniłam After swoją (prawie) nikomu nieznaną osobą i cóż mogę powiedzieć — było doskonale! Tak doskonale, że kiedy impreza była już jedną nogą w tęczowej krainie, przeniosłam się wraz z współimprezowiczami w okolice, gdzie życie jeszcze tętniło, by kontynuować wesołe podrygi. Ciekawostką jest, że na terenie imprezy kursował nocny pociąg prowadzony przez prawdziwego maszynistę. Słyszałam też plotki, jakoby godność uczestników imprezy spadała szybciej niż zasięgi fejsbuka. Nie wiem dlaczego. Nie wierzcie im.

Poznań

Dawno żadne miasto nie wywarło na mnie takiego wrażenia jak Poznań. Tak naprawdę wracając, miałam w planach spakowanie reszty rzeczy, które pozostawiłam w domu i zamieszkanie tam choćby na ławce przed dworcem. Nie zobaczyłam wiele — tylko okolice wynajętego mieszkania i widoki podziwiane z Ubera oraz kilka lokali dożywiających, ale to wystarczyło, żeby się zakochać. Nie wiem, może jestem nieobiektywna — w końcu od roku mieszkam z dala od cywilizacji w miejscowości, w której człowieka można spotkać średnio raz na 3 dni i moje serce wyrywa się na potęgę w kierunku betonowych dżungli. W każdym razie niebawem na pewno wrócę tam na dłużej, by pielęgnować to rodzące się we mnie uczucie.

Podsumowując — jeśli macie wątpliwości, czy wybrać się do Poznania za rok, to nie miecie i już. Ukłony, oklaski i confetti dla organizatorów, którzy robią naprawdę świetną robotę. Dzięki i do zobaczenia następnym razem!

 

*dla niewtajemniczonych: wszystko zależy od tego, do której grupy blogerów się sklasyfikowaliśmy. Jedna z nich nosi nazwę “pies”, a Paweł bezlitośnie mówi, że psa należy ubić. Także ten. To nie o mnie.

  • Oj tak, afterek był zacny. Polecam się na zaś 😀

    • Już niebawem będzie okazja do powtórki 😀

  • Dzięki! Zapraszamy za rok! <3

    • Oczywiście będę, jeśli tylko nic nie stanie mi na drodze 🙂

  • To był krótki, ale zacny kurs 😀

  • Widziałam Twoje wizytówki na tablicy, miałam skubnąć, ale ostatecznie zapomniałam, a potem stwierdziłam, że przecież i tak znam Twój adres (internetowy, of kors)!

    • Przy następnej okazji dam Ci osobiście. Tak na wszelki wypadek – algorytmy zawodzą, a tak podczas sprzątania szuflady za pięć lat wypadnie Ci moja wizytówka i będzie zasięg organiczny +1. Będziesz w Łodzi? Może będzie okazja, oczywiście pod warunkiem, że będziemy udawać, że nas nie ma jakoś w pobliżu siebie 😉

      • Nie będę w Łodzi :C ale za to chciałabym w końcu się wybrać na Blog Forum Gdańsk (może się uda), to może tam?

        • Jasne! Oczywiście jeśli uda mi się dostać 😉