about
Kim jestem?
Niedoszła księgowa i autorka książek, których nikt jeszcze nie napisał. Nieprzyzwoicie niefotogeniczna, dlatego została fotografem. Posiada duży zasób autoironii i lubi odwracać kota ogonem. Na blogu pisze o społeczeństwie, relacjach i swojej skłonności do nietypowych sytuacji.
więcej o mnie

Zauważyłam ostatnio dziwną rzecz.

Otóż kiedy dostaję jakiś komentarz na temat swojej twórczości, który zahacza o „krytykę”, czyli nie jest peanem na moją cześć, tylko na przykład ktoś po prostu odniósł się do treści, albo napisał coś bardzo neutralnego, a już niedajboże mu się coś nie spodobało i postanowił głośno o tym napisać – wiem, że czekają mnie długie tygodnie, kiedy będzie mnie to dręczyć. I tak: przez pierwszy tydzień leżę całymi dniami i nocami w łóżku, płacząc żałośnie jak wtedy, gdy mój czteroletni syn powiedział mi, co znajduje się w moich urodzinowych prezentach zapakowanych na kształt cukierków (true story). Kolejny upłynie mi na zadręczaniu się, po co w ogóle zaczęłam pisać i co mi strzeliło do głowy. Wiedziałam, wiedziałam, że tak będzie! Czas poszukać sobie roboty w fabryce. Następne dni to smutne celebrowanie przygotowań do usunięcia wszystkiego, co już udało mi się stworzyć. Niestety nie mam tego w formie drukowanej, a laptopa przecież nie będę palić z tej okazji, choć nie powiem, przychodzi mi to do głowy.

A potem? Potem przychodzi ten jeden, jedyny dzień, i wcale nie chodzi mi o urodziny ani nawet ten dzień, kiedy Magic Starsy wróciły do sklepów. Co prawda nie udaje mi się cofnąć czasu i nadal mam zepsutą urodzinową niespodziankę, ale pomijając to: dostaję dwadzieścia komentarzy od ludzi, którzy twierdzą, że mnie kochają. Potem zostaję uznana za blogową perełkę na jednej z grup. Czytam tyle miłych słów o sobie i o tym, co robię, że w pokoju na stole pojawia się wiadro lodów o smaku Kinder Bueno i jednorożec, a świat jest jednym wielkim tiramisu. Czuję wewnętrzną siłę tak wielką, że potrafiłabym zapewne podnieść jedną ręką trzy mustangi i owcę. Oczami wyobraźni widzę, jak w ciągu godziny piszę dwudziestoczterotomową powieść, a pani w warzywniaku rozmawia z pietruszką o moich tekstach z bloga.

Coś, co mogę uznać za swój mały sukces, wystarcza mi tak do 14:00. Potem zostaję zalana przez wątpliwości, typu: co z tego, może wcale im się nie spodobało, tylko nie chcą robić mi przykrości. Na samym końcu przypomina mi się ten neutralny komentarz sprzed trzech tygodni i koło się zamyka.

Jakie z tego wnioski? Ano takie, że jestem typowym przykładem osoby zewnątrzsterownej. Widocznie jak byłam mała, to mama (no dobra, nie mama, mama była spoko) szczędziła mi pochwał, sadząc przy tym nadmierną krytykę. Każdy to zna, nie? „Znowu dostałaś 6? Inni pewnie dostali 666+! Nie ma takich ocen? A, to pewnie znowu ci się udało, ot co!” Dzięki temu syndrom oszusta u mnie ma się dobrze, rozłożył się tu obok mnie przy biurku i przepychają się razem z wewnętrznym krytykiem. Zabawa jest przednia, a śmiechu co niemiara!

A potem myślę. Cholera, dobrze. Dobrze, że jestem tym, kim jestem. Dzięki tej krytyce zapewne mam całą listę zaburzeń społecznie nieakceptowalnych, ale jest tego jeden plus – tworzę. Tworzę, bo zwyczajne życie to dla mnie za mało. Tworzę, bo chcę coś osiągnąć, a sukcesy w korporacji to nie dla mnie (nie, nie ujmuję sukcesom w korporacji). Tworzę, bo chcę dla siebie czegoś więcej, ciągle mi mało, mało, mało. Może i dla mnie samej jest to męczące, bo pewnie nigdy nie będę z siebie do końca zadowolona. Mimo to wiem, że nigdy się nie zatrzymam i każda krytyka, kiedy już poleżę w depresji i popłaczę, sprawi, że wstanę i napiszę coś po stokroć lepszego niż poprzednim razem. Bo chęć otrzymania kolejnej pochwały jest tak wielka, że będę ciągle przeć do przodu, bo to jak uzależnienie. Czy to jest próżne? Pewnie tak. Czy to źle? Być może, ale wiem już, że choćbym nie wiem jakie miała wady, to istnieję i muszę istnieć dalej, bo gdzieś na świecie ktoś po przeczytaniu moich słów się uśmiechnie.

No i jak już kiedyś wspominałam – kiedy ktoś wchodzi na mojego bloga, gdzieś na świecie mała panda w depresji dostaje swojego psychoterapeutę. A ja lubię pandy, dlatego czuję się w obowiązku pisać po kres.