about
Kim jestem?
Niedoszła księgowa i autorka książek, których nikt jeszcze nie napisał. Nieprzyzwoicie niefotogeniczna, dlatego została fotografem. Posiada duży zasób autoironii i lubi odwracać kota ogonem. Na blogu pisze o społeczeństwie, relacjach i swojej skłonności do nietypowych sytuacji.
więcej o mnie

Budzę się i leniwie przeciągam. W połowie zastygam w bezruchu, zastanawiając się, czy to nie pomyłka, bo nie wiem, czy umarłam i znalazłam się w raju, czy powinnam raczej skoczyć na równe nogi, by ratować świat, jak to zwykle bywa co rano. Ale nie, zatem pozwalam sobie na przeżycie w pełni tego gestu, będącego oznaką wyspania się i całkowitej regeneracji. Dziś nie biegam po domu, jedną ręką myjąc zęby, drugą sprzątając kuwetę, a trzecią i czwartą wykorzystując w zależności od sytuacji, do wyciągania kota ze zmywarki albo udaremnienia przemiany potomka w człowieka o nowej odmianie kolorystycznej dark blue, wykonanej długopisem automatycznym marki „Mięso i wędliny Jadwiga”.

Dzisiejszego poranka słyszę coś bardzo dziwnego, co jednocześnie przynosi radość i niepokój, ponieważ moje uszy rzadko dostępują zaszczytu przepuszczenia przez bębenki czegoś tak ekskluzywnego, jak CISZA.

Serce pracuje miarowo i spokojnie, bo ze snu nie wyrwał mnie utwór brutal-death-metalowego zespołu o nazwie, której nigdy nie udało mi się odczytać, ale to nie ma znaczenia. Ważne, że ustawiona jako dźwięk budzika nie pozwala mi zaspać każdego dnia, mimo że jednocześnie codziennie przybliża mnie do śmierci o jakieś cztery minuty i nie wiem, jak długo jeszcze moje serce to wytrzyma. Nie był to też typowy dźwięk spadającego na panele jelenia, a chodzi mi tutaj głównie o głośność tego zjawiska, bo kiedy moje dziecię budzi się wcześniej niż ja, czyli zawsze, dałabym sobie głowę uciąć, że on tam w pokoju gra w tetrisa cegłami wyrywanymi żywcem ze ściany. Najwyraźniej dzisiaj nie muszę się tym przejmować.

Przez mój krwiobieg przepływa dziwna substancja, a ja nieco zdezorientowana, próbuję odtworzyć w pamięci poprzedni wieczór; może ktoś obcy poczęstował mnie czymś w celu wciągnięcia w szpony jakiegoś parszywego nałogu, a cukierkiem przecież bym nie pogardziła, w szczególności teraz, kiedy ograniczam słodycze i jestem niebezpieczna dla wszystkich, którzy szeleszczą papierkami w promieniu 5 kilometrów ode mnie. Opcja, że ktoś dosypał mi coś do napoju, też raczej odpada – no chyba, że mój towarzysz niedoli dosypał mi arszenik do herbaty, ale skoro się obudziłam i nie jest to niebo, to raczej nie tym razem. W końcu dociera do mnie, że to mieszanka dopaminy, serotoniny i innych związków, które wydzielają się w mózgu podczas intensywnego ćpania życia, i najzwyczajniej w świecie jestem szczęśliwa.

Czuję wesołe łaskotanie wewnątrz, tak jakby czekało mnie coś bardzo miłego, a ja bezwstydnie pobudzam swój ośrodek nagrody. Wyobraźnia podpowiada różne obrazy: wygrana w totolotka, w którego nie gram, zakupy bez limitu czasowo-pieniężnego, znalezienie się w pokoju wypełnionym setką mruczących kotów… No dobra. Śniadanie też można zaliczyć do tych przyjemności, jak i każdy inny posiłek, który mam możliwość rozłożyć na czynniki pierwsze wewnątrz siebie.

Rozciągam każdą chwilę jak słodką gumę balonową, która pęka zawsze w momencie, kiedy słyszę: „pospiesz się”. Rany, nie mam pojęcia, dokąd ludziom się tak ciągle spieszy. Dlaczego nie możemy mieć przyjemności z każdej chwili, która trwa? Nawet, jeśli łapiemy ją pomiędzy wizytą w urzędzie, gdzie priorytetem dla pań jest duża pepperoni, a powrotem do domu, kiedy to ciszę przecina wrzask o natężeniu decybeli znośnym dla kręgowców ery mezozoicznej. Po co mam teraz myśleć, że wieczorem mruczący znów ugryzie mnie w łydkę, a w weekend będę sobie rwać włosy z głowy, kiedy jak co tydzień okaże się, że 2+1+ kot pod jednym dachem przez dwa dni to jak wojna na trzy fronty, bo czarny to skubany trzyma stronę tego, kto aktualnie dzierży w ręce fioletowe opakowanie kociej paszy popularnej firmy.

Na razie cieszę się, że jadę samochodem w trybie biernym i mogę spokojnie prowadzić swoje bogate życie wewnętrzne, które kiedyś zapewne ewoluuje, oddzieli się ode mnie i założy własną cywilizację na odległej planecie. Ćpam poranne powietrze, które pachnie mokrymi drzewami iglastymi i trochę piwnicą, co mnie odurza niczym najlepsze perfumy. To dlatego nigdy nie mogę wybrać żadnego zapachu, który będzie mi odpowiadał w stu procentach. Nikt jeszcze chyba nie stworzył perfum o nazwie „Thuja o poranku rosnąca niedaleko starej kamienicy”, ale w przyszłości, kto wie. Upijam się herbatą z imbirem, która szczypie mnie w gardło jak niefiltrowany denaturat, ale święcie wierzę w jej właściwości prozdrowotne. Rozpieszczam się drobnymi przyjemnościami. Codziennością. Każdym momentem, który trwa. Nie czekam na weekend, na wakacje, na święta, na wieczór, poranek ani na to, aż moje dziecko dorośnie, aby móc żyć i poczuć coś więcej, bo choć czekanie jest przyjemne, to w trybie ciągłym trochę uwiera.

A ja nie czekam, bo chcę żyć teraz. I nadal nigdzie mi się nie spieszy.