about
Kim jestem?
Niedoszła księgowa i autorka książek, których nikt jeszcze nie napisał. Nieprzyzwoicie niefotogeniczna, dlatego została fotografem. Posiada duży zasób autoironii i lubi odwracać kota ogonem. Na blogu pisze o społeczeństwie, relacjach i swojej skłonności do nietypowych sytuacji.
więcej o mnie

Przez chwilę zastanawiałam się, do jakiej kategorii powinnam przyporządkować ten wpis. Będzie bowiem cholernie podróżniczo, a takiego działu przecież na swoim blogu nie prowadzę. I nie zamierzam, gdyż faktem jest, że częściej się przeprowadzam, niż wyjeżdżam dla rozrywki, chociaż staram się odwrócić proporcje. W zeszłym roku na przykład rozpoczęłam tradycję corocznego wyjazdu na Woodstock. Zachciało mi się sprawdzić, jak to jest, żebym potem na łożu śmierci nie musiała płakać, że nigdy nie widziałam na własne oczy, co się tam wyprawia. Jak człowiek był rozsądny i zachowawczy w okresie nastoletnim, to mu potem odbija przy byle okazji na starość.

Ale dziś ja nie o tym.

Dzisiaj chciałabym poruszyć temat romantycznych wyjazdów we dwoje.

Kiedy jest się w związku na odległość, w którym częstotliwość widywania wynosi “co weekend z bardzo nieletnim u boku”, po kilku miesiącach chciałoby się sprawdzić, jak to w sumie jest być tylko we dwoje. Najbardziej romantyczny w tym wszystkim wydaje się być fakt, że o 6:30 w nocy czasu polskiego nikt nie obudzi mnie śpiewaniem piosenki o tym, że dziadek chce być kulturystą na całe gardło.

Och, obudzić się swobodnie i naturalnie, tak bardzo naturalnie niczym krowy pasące się na łące z eko trawą, bądź kury znoszące jajka gdzie popadnie przy blasku zachodzącego słońca. I wędrować po górach, trzymając się za swoje ręce, bez małych rąk umazanych czekoladą i makaronem ze szpinakiem pomiędzy naszymi, w absolutnej CISZY. Słyszeć tylko ptaki i brzęczące muchy (ale takie muchy bez żądeł, bo przed takimi z żądłami to uciekam szybko i w popłochu, wymachując dziko rękami, bo się boję). Musiałam sprawdzić, jak to jest!

Żeby przewidzieć wszystkie możliwe wydarzenia, ustaliliśmy w styczniu roku zeszłego, że w sierpniu roku zeszłego pojedziemy na weekend w góry. Cały, calutki weekend. Bez nieletnich. Mieliśmy zatem siedem miesięcy, aby owemu nieletniemu znaleźć opiekę na całe trzy dni z dwoma noclegami włącznie oraz utrzymać go przy życiu i zdrowiu w stopniu co najmniej zadowalającym i umożliwiającym normalne funkcjonowanie. O ile z pierwszym punktem nie było problemu, o tyle drugi był nieco kłopotliwy.

Przechodziliśmy sobie przez różne przeziębienia, zapalenia a także jedno złamanie ręki (nie moje) – był niepokój, ale gips zdjęty przed czasem. Jako, że wydarzenie należało do tych bardzo emocjonujących, miesiąc przed zdążyłam się spakować i wypakować osiem razy, a wieczory poświęcałam na oglądanie filmików na YouTubie traktujących o nowatorskich sposobach składania ubrań do walizki, której nie posiadam.

Życie płynęło sobie szczęśliwie, a dwa dni przed wyjazdem syn mój postanowił zwymiotować w przedszkolu, w którym hulała jelitówka ponoć, że hej. Postanowiłam nie panikować. Nie ze mną te numery, o nie! Incydent był jednorazowy, ale dzień przed wyjazdem małoletni, nie chcąc dać za wygraną, postanowił dostać gorączki. Był więc lekarz, były też leki, pieniędzy jakoś mniej się zrobiło, ale mniejsza o to. Babcia dała zielone światło i po nauczeniu jej na pamięć ulotek załączonych do wszystkich leków, mogliśmy w końcu wyruszyć w podróż.

Oszukaliśmy przeznaczenie, udało się, chociaż było gorąco pod koniec, ale nie ważne, można otrzeć pot z czoła i jechać na przygodę życia…

Jeśli w tym momencie ktoś pomyślał, że oto nastąpi opis romantycznych chwil, muszę wyprowadzić go z błędu.

Gdzieś tak dokładnie, ale to dokładnie w połowie podróży, czyli 150 km od domu, ale też 150 km od celu, przeznaczenie zaczęło się doszukiwać sprawiedliwości mrucząc pod nosem, że nie tak miało być, hłe hłe. Gdyby ktoś jeszcze, tak jak ja, chciał sprawdzić jak to jest dostać grypy żołądkowej na autostradzie, to nie trzeba, ja bardzo nie polecam i ta rekomendacja musi wystarczyć.

Dylemat – wracać czy jechać dalej był zbędny, bo w obie strony było tak samo daleko, więc pojechaliśmy dalej. Podróż trwała jakieś sto godzin, z czego średnio co 10 km trzeba było przystanąć nawet, a raczej zwłaszcza, jak nie było gdzie. Drugi dzień wycieczki przespałam w całości, a trzeciego popołudniu udało się nawet wyjść na krótką przechadzkę po górach.

Więzi zostały zacieśnione, bo nic tak nie łączy jak jelitówka na A1, kiedy powtarzasz w kółko, że na pewno zaraz umrzesz. A kiedy On nadal z tobą jest, mimo, że narzygałaś mu do samochodu, to wiedz, że to musi być TO.