mniejsze2_logo_patrzszerzej_5012022_4
gdańsk w listopadzie

Czy warto jechać nad morze jesienią? Gdańsk w listopadzie

„No pewnie! Masz na myśli, rzecz jasna, Morze Śródziemne?” pytacie mnie bardziej retorycznie, niż dosłownie, bo przecież nikt normalny nie zrobiłby sobie takiej krzywdy, żeby wybrać się nad Bałtyk późną jesienią. W listopadzie to się chodzi na randki z Netflixem do drugiego pokoju, ewentualnie dzierga się skarpetki z alpaczej wełny, a nie jedzie sześć godzin samochodem w poszukiwaniu morskiej bryzy urywającej głowy i wieszczącej rychłe zapalenie zatok. I wtedy wchodzę ja, cała na biało, i mówię, że proszę państwa, nie wiem jak Wy, ale ja jestem już spakowana, a za osiem godzin będę szukać muszelek i bursztynu na pustej plaży. W Gdańsku. W listopadzie.

gdańsk w listopadzie? oto jest pytanie

stare miasto gdańsk

tytuł tego wpisu równie dobrze mógłby brzmieć: czy warto wychodzić w listopadzie z domu?

Wiecie, co się zmieniło w moim życiu po skończeniu magicznej trzydziestki (klik)? Z jednej strony zaczęłam się z sobą cackać, bo codziennie rano wjeżdża śniadanko, a po północy dawno jestem zakopana po uszy pod kołdrą. Ale z drugiej strony przestałam się z sobą cackać i chyba odkryłam w sobie jakieś geny ludzi północy, bo przestała mnie interesować temperatura i warunki pogodowe. Jak słyszę, że ktoś nie może mnie jutro odwiedzić, bo zapowiadają mżawkę, to wywracam oczami i udaję, że wcale taka nie byłam jakiś czas temu. Nadal mam w głowie pewną zimę, która swoim przybyciem przeorała mnie i wywlekła na drugą stronę tak, że miałam ochotę żegnać się ze światem. Na (wybaczcie słownictwo) zadupiu, bez prawa jazdy, z czterolatkiem na pokładzie, nie mając bladego pojęcia, co się robi, kiedy jest zimno, a obok nie ma galerii handlowej. Nawet kota wtedy nie miałam. To był naprawdę dziwny czas.

stare miasto w Gdańsku

jesień to nie więzienie

A potem skończyłam trzydzieści lat i odkryłam, że cholerka, październik nie objawia się żelaznymi kratami w oknach i nie zamyka mnie w czterech ścianach, dopóki nie stopnieją śniegi, a spacery w deszczu są wspaniałe nawet wtedy, kiedy największą w nich przyjemnością jest powrót do domu. Ponadto kiedy jako rodzic 7-latka masz okazję wyjechać na 3 dni, to choćby miała to być wycieczka na koło podbiegunowe (swoją drogą, nie pogardziłabym), to pakujesz się w 12 sekund i stoisz pod drzwiami z walizką, niczym pies ze smyczą w pysku. Rozumiecie – wyjazd. Bez dzieci. WE DWOJE.

Od samego początku czułam, że to będzie świetny czas. Rzadko mam okazję wyjechać gdzieś tylko z drugą połową (nie cierpię tego określenia), a poza tym ostatni raz polskie morze widziałam gdy miałam 9 lat, więc miałam zamiar skorzystać z tego wyjazdu w stu procentach bez względu na to, czy zastanę w Gdańsku złotą jesień, czy tsunami.

widok na stare miasto w gdańsku
polska filharmonia bałtycka

dzień dobry, Gdańsk

A ten przywitał mnie najlepiej jak mógł. Skąd człowiek południa wie, że jest już w Gdańsku? Bo wysiada z auta i słyszy mewy. Mewy na chodniku, mewy na parapecie, mewy nad głowami – a gołębi jakoś brak, albo nie mają siły przebicia. Mimo że zatrzymaliśmy się na Starym Mieście, a do morza było 15 minut samochodem, doskonale czułam jego obecność, a powietrze było tak ostre i przejrzyste, że zaczęliśmy się krztusić, nie mogąc wytrzymać bez odpowiedniej dawki śląskiego pyłu.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Jak tam, byliście grzeczni w tym roku? Wygląda na to że ja tak, a radość z prezentu podwójna, bo zanim odpakowałam, to oczywiście bez kilku (milionów) fotek się nie obyło 😂 może wieczorem uda mi się coś wrzucić. Tymczasem wracam jeszcze na chwilę nad morze, bo tak mi się podobają zdjęcia, które stamtąd przywiozłam, że zamówiłam album i duże wydruki, które wkrótce zawisną na ścianach ❤️ . . . . #gdańsk #trojmiasto #morze #morzebałtyckie #inspiredbynature #holdthemoments #documentyourdays #simpleandstill #cornersofmyworld #seekinspirecreate #alittlebeautyeveryday #verilymoment #birds #mewa #bałtyk #ptak #ptaki #mewy #baltyk #nadmorzem #polskiemorze #fale #seabird #bałtyckie #polishsea #igersgdansk #total_fauna

Post udostępniony przez Monika Nowak | fotograf (@patrzszerzej)

Do Gdańska przyjechałam nie bez powodu. Kiedy rok temu w listopadzie rezerwowałam bilety na Wardrunę (ten zespół od „Wikingów”), wydawało mi się, że 12 miesięcy czekania na koncert to będzie jak cała wieczność. I w sumie tak było, ale nie ma co się nad tym rozwodzić, minął rok a nawet dłużej i zaraz będziemy mówić: „a pamiętasz, jak trzydzieści lat temu pojechaliśmy do Gdańska?”, no chyba, że w życiowym rozdaniu przypadnie mi skleroza, to wtedy nie.

W każdym razie mimo że miałam dwanaście miesięcy, żeby zaplanować te trzy dni w każdym szczególe, to postanowiłam zupełnie się nie spinać i postawić na spontan. I to był strzał w dziesiątkę, bo Gdańsk ma niesamowity klimat i odhaczanie kolejnych punktów uśmierciłoby go raz dwa. Niespieszne spacerowanie z aparatem gdańskimi uliczkami to było coś, co zdecydowanie powinno być stałym elementem mojej codzienności.

koło widokowe i filharmonia

klimat klimatem pogania

Kiedy jadę w nowe miejsce, bez względu na to, czy jest to państwo na drugim końcu świata, czy Kocie Schaby, od razu wiem, czy czuję tam „chemię” czy nie. W Gdańsku od początku czułam to coś – nie wiem, czy sprawiło to morze, czy piękno tego miasta, czy nadwyżka mew nad gołębiami, a może to wszystko razem – ale mogłabym tam zostać na tydzień, miesiąc, rok. Przez to wszystko w ciągu trzech dni zrobiłam więcej zdjęć niż na tegorocznym wakacyjnym wyjeździe.

Gdańsk, mimo że po sezonie, a przed okresem świątecznym, intensywnie żyje. Kolorowe kamienice, szklane budynki i przepływająca pomiędzy nimi rzeka, która po zmroku odbija wieczorne światła. Klimatyczne restauracje i kawiarnie co krok, mnóstwo muzeów i zabytków. I statki. I ta uliczka ze stoiskami pełnymi bursztynów! Niesamowite miasto. Niby nadal Polska, a jednak tak bardzo różna od tej południowej, z której pochodzę.

widok na stare miasto w Gdańsku

spotkanie z morzem

Nie lubię wstawać o 5 rano, co potwierdzi fakt, że świadomych i zaplanowanych wschodów słońca w swoim życiu zaliczyłam dwa, w tym jeden tydzień temu w Gdańsku. Phi, fotografka. Że to w ogóle doszło do skutku, to było jakieś nieporozumienie. Kładąc się spać, byłam pewna, że nie damy rady zwlec się z łóżka, a jednak to nieprawda, że po trzydziestce człowiek już nie robi głupstw. Ta pobudka na pewno skróciła moje życie o trzy lata, ale to nieistotne, bo pusta plaża, setki mew i wschodzące słońce wynagradzają wszystko (pod warunkiem, że masz gorącą herbatę i piec kaflowy w kieszeni).

Co prawda trochę głupio się nam zrobiło, kiedy targając na sobie sześć kurtek z wyprzedaży i kominek, minęliśmy człowieka odzianego tylko w majtki, który wyszedł prosto z morza i cieszył się, że wieje tak, że głowy urywa, bo dzięki temu już prawie wysechł. Zapewne szedł pieszo z Norwegii na ten sam koncert co my, a że ostatnio przyszło ocieplenie i 5 stopni na plusie, to wybrał drogę na skróty przez morze. Niestety nie mogłam zrobić mu zdjęcia, bo trzymałam kominek, a poza tym czternaście warstw ubrań trochę krępuje ruchy, więc musicie uwierzyć mi na słowo.

Koncert, na który przyjechaliśmy, odbywał się w Teatrze Szekspirowskim, który również nie odbiegał klimatem od całej reszty. To było jak taka wisienka na torcie, który pożarliśmy zachłannie, nie zostawiając ani okruszka 😉 jedyne, czego żałuję, to tego, że miasto zamieniało się w świąteczną krainę akurat w dniu naszego wyjazdu, bo w weekend rozpoczynał się jarmark, którego już nie było dane nam zobaczyć, nad czym ubolewam. No cóż, może za rok.

morze bałtyckie
wschód słońca w gdańsku

czy nad morzem wieje?

Czy wiało? No wiało. Czy było zimno? No było, choć nie przeszkadzało mi to biegać w samym swetrze, bo na zdjęciach trzeba dobrze wyglądać. Czy było warto? OCZYWIŚCIE! Listopad to jest miesiąc, w którym można poznać prawdziwy Gdańsk. Taki, którego nie zasłaniają ludzie. Kurtka, czapka i dobre towarzystwo, a wierzcie mi, że do czterech ścian będziecie wracać tylko, żeby się przespać. Niespieszne śniadania bez kolejki i puste plaże (bo nikt normalny nie wychodzi z domu). I mimo spędzenia tych kilku dni w większości na zewnątrz, wróciliśmy do domu bez grama kataru.

kominki w dłoń i niech koc będzie z Wami!

Zamiast marudzenia, że ciemno i zimno, polecam wygrzebanie się z koca i pójście gdziekolwiek, choćby dlatego, że herbata z cytryną po powrocie lepiej smakuje. Życie jest jakieś takie fajniejsze, kiedy okres jesienno-zimowy przestaje być czarną dziurą w życiorysie, bo pogoda nie jest idealna. No nie jest, ale to nie powód, żeby hibernować przez pół roku. Zatem kominki w dłoń i niech koc będzie z Wami!

gdańsk w listopadzie

Leave a Comment