about
Kim jestem?
Niedoszła księgowa i autorka książek, których nikt jeszcze nie napisał. Nieprzyzwoicie niefotogeniczna, dlatego została fotografem. Posiada duży zasób autoironii i lubi odwracać kota ogonem. Na blogu pisze o społeczeństwie, relacjach i swojej skłonności do nietypowych sytuacji.
więcej o mnie

Czy istnieje na świecie chociaż jedna osoba, która nie chciałaby pracować w domu?

Oczywiście, że istnieje, ludzie przecież rodzą się z jakimiś umiejętnościami i talentami, i duża część od najmłodszych lat wie, kim bardzo chce być w przyszłości. Ja natomiast od kiedy pamiętam, byłam skrajnym leniem (podobno) i miałam problem ze wszystkim, co “muszę”, a najwcześniejsze protesty przeciwko uczęszczaniu do miejsc publicznych zgłaszałam już w wieku przedszkolnym. Po prostu wcześniej nie potrafiłam jeszcze mówić.

I tak sobie dorastałam, chodząc do miejsc, których nie lubię, robiąc rzeczy, których nie lubię, ciężko pracując na życie, którego nigdy nie będę lubić. Przecież każdy tak robił; najpierw szkoła, potem praca, przeciętne życie i wakacje raz w roku, o ile dostanę urlop.

Gdzieś tak w okolicach pierwszej pracy zaczęło mi świtać, że coś tutaj nie pasuje. Czułam w sobie wewnętrzny bunt, który ujawniał się każdego ranka, gdy miałam ochotę zadzwonić do szefowej, że niestety umarłam i nie będzie mnie w pracy. Walczyłam z tym, a krytyk w głowie krzyczał mi do ucha: ty zasrany leniu! Jak chcesz cokolwiek w życiu osiągnąć, jeśli nie chce ci się chodzić do pracy? Nie ma innego wyjścia, nie urodziłaś się córką szejka; gdybyś była chociaż rafą koralową, to przynajmniej nie musiałabyś pracować! Ale nie.

Życie sobie radośnie upływało, trochę w pracy, trochę na urlopie, trochę na L4, a ludzie przytakiwali z politowaniem: tak to już będzie. Życie to nie bajka, trzeba pracować, znaleźć męża, żeby było komu gotować, potem może jakieś dziecko – i tyle. Pranie mózgu od najmłodszych lat po późną starość (jeśli dożyjesz).

W którejś z kolei pracy, kiedy nadal w środku mnie kłuło i gryzło, a w najbliższym otoczeniu zyskałam już dawno łatkę lenia i bumelanta, nagle jakby mnie olśniło. Krótko potem urodziło mi się dziecko i to już był prawdziwy przełom – wiadomo przecież, że matki na urlopie macierzyńskim mają od groma wolnego czasu z którym naprawdę nie wiedzą, co robić.

W końcu to URLOP: książeczka, ciepła herbatka, niekończące się kąpiele z domowym spa i zabiegami pielęgnacyjnymi z regeneracją delikatnej skóry pod pachami i maseczkami nawilżającymi małżowiny uszne na czele. Chyba z tego nicnierobienia w dupie mi się poprzewracało i postanowiłam zacząć od nowa. W sensie, życie zawodowe.

Możliwości było naprawdę wiele. Z niemowlakiem u boku było niesamowicie łatwo, bo jak wiadomo, dzieci małe przecież tylko jedzą i śpią, a tak poza tym eksplorują świat w sposób absolutnie nie ingerujący w życie dorosłych. Zresztą, w razie czego, jest jeszcze wieczór i noc – idealna pora na pracę, po dniu pełnym ciszy i relaksu w towarzystwie potomka. Jak tak człowiek w ciągu dnia odpocznie, to jest niesamowicie produktywny nocą.

Pocieszałam się też, że przecież mój syn jest 671 na liście rezerwowej państowego żłobka, więc w razie czego na pewno skorzystamy. Co więc zamiast etatu? Może składanie długopisów? Płatne ankiety? Pisanie tekstów SEO o regałach metalowych? Jeśli mamy manualne zdolności, to już w ogóle super: możemy robić wszystko a potem sprzedawać w ilościach nieskończonych aż do skrajnego bogactwa.

Ja natomiast podbój świata zaczęłam od założenia jednoosobowej działalności. Niestety, szybko okazało się, że największą wadą własnej firmy jest to, że trzeba w niej pracować i to na kilku stanowiskach jednocześnie. Jako, że było to w erze jeszcze-przed-przeczytaniem-bardzo-mądrych-książek, firma została zamknięta, ale może kiedyś podzielę się wrażeniami z jej prowadzenia.

Potem poznałam takie pojęcia jak praca zdalna i dochód pasywny. Nie mogę też zapomnieć o Timmie Ferrisie i jego “Cztegorogdzinnym tygodniu pracy” – och, jak ja kocham tego człowieka, chociaż czasem i cztery godziny to wydaje się za dużo. W każdym razie, tak rozpoczął się nowy etap w moim różnorodnym życiu zawodowym, o którym wiele można powiedzieć, ale raczej nie to, że doprowadził mnie do bogactwa.

Jeszcze.

W każdym razie musiałam wrócić do pracy etatowej jeszcze na moment. Choć wiedziałam już, że nie nadaję się do tego na dłuższą metę, życiowa sytuacja miała w głębokim poważaniu moje poglądy.

To było najdziwniejsza praca od czasów, gdy inwentaryzowałam drogi, to jest sprawdzałam stan ich nawierzchni, w czasach, kiedy jeszcze studiowałam. Chociaż samo zajęcie było dość typową pracą biurową, to okoliczności już mniej.

Idź do pracy, mówili. Będziesz mieć kontakt z ludźmi, mówili.

Jasne. Było to nawet pocieszające, bo siedzenie z dzieckiem w domu może powodować efekt uboczny w postaci rozprostowywania się zwojów mózgowych i postępującej degradacji słownictwa dotychczas używanego. Ci co mówili, racji nie mieli, gdyż w firmie, w której pracowałam były dwie osoby, w tym ja i szef nieobecny przez 80% czasu pracy, czyli warunki idealne dla skrajnych introwertyków takich jak ja. Do tego dość często miałam okazję pracować z domu, więc wspominam tę firmę z wielkim rozrzewnieniem. Dodam, że pierwszego dnia pracy po wstępnym ustaleniu obowiązków zostałam sama w biurze, a jakieś pół godziny później piorun strzelił w serwer powodując jego przejście w stan wiecznego spoczynku i wyłączając przy okazji prąd, a mnie rozładował się telefon, odcinając mnie od świata. Po tej akcji szef patrzył na mnie nieco podejrzliwie za każdym razem, kiedy gdzieś wychodził.

Mimo, że współpraca układała się nad wyraz dobrze, wywiało mnie z miasta do miejscowości, w której spotykam człowieka średnio cztery razy w tygodniu, co pociągnęło za sobą konieczność porzucenia tej wspaniałej posady. Tutaj już nawet nie rozglądałam się za niczym nowym, tylko od razu postanowiłam być sobie szefem i pisać zarówno bloga, jak i na zlecenie. To była bardzo dobra decyzja, bo przyznaję, że stworzyłam sobie idealne warunki do pracy, choć wiadomo, że praca w domu ma swoje jasne i ciemne strony, o których pisałam z lekką dozą humoru już tu: Cała nieprawda o życiu na feelansie i tu: Praca w domu. Oczekiwania kontra rzeczywistość.

Czy da się tak żyć? Czy można się z tego utrzymać? Jak walczyć z potrzebą robienia prania w godzinach pracy? Jednego jestem pewna, kiedy już się dowiem, to nie omieszkam odpowiedzieć tutaj na te pytania.