about
Kim jestem?
Niedoszła księgowa i autorka książek, których nikt jeszcze nie napisał. Nieprzyzwoicie niefotogeniczna, dlatego została fotografem. Posiada duży zasób autoironii i lubi odwracać kota ogonem. Na blogu pisze o społeczeństwie, relacjach i swojej skłonności do nietypowych sytuacji.
więcej o mnie

Zastanawiam się, czy ktokolwiek, kto próbował wyłamać się schematom w obecnej rzeczywistości i żyć po swojemu, dał radę pozostać w dobrym zdrowiu psychicznym. Może ja mam jakieś złe doświadczenia, otaczam się nieodpowiednimi ludźmi albo żyję na niewłaściwej planecie… Biorę to pod uwagę. Ale wiecie co? Czasem mam dosyć.

Zdecydowanie bardziej zaczęłam to odczuwać, kiedy zaprosiłam na ten świat kolejne pokolenie. Do tej pory byłam pewna tego, co robiłam, bo odpowiadałam tylko za siebie, więc ewentualne konsekwencje swoich działań ponosiłam osobiście. Potem pojawił się mały człowiek o zajmowaniu którym wiedziałam mniej więcej tyle, ile wiem o zajmowaniu się niemowlakami nosorożców. Z tego powodu podchodziłam do siebie i swojej wiedzy z wielką dozą ostrożności biorąc pod uwagę, że zwyczajnie mogę się mylić. Ku uciesze nikogo postanowiłam jednak wziąć wszystko na siebie i okazało się, że choćby wychowało się średniej wielkości plemię w Południowej Afryce, to nadal wie się mniej o danym okazie homo sapiens, niż rodzice tegoż, bo to oni są szczęśliwcami obcującymi z nim bez przerwy, a nic tak nie uczy drugiego człowieka, jak jego bytność 24/7.

Niestety okazało się, że jest to trudniejsze do zrozumienia niż fizyka kwantowa, a ja przyglądałam się rzeczywistości ze szczęką w okolicy centymetra nad ziemią, raczej nie z powodu miłych rozczarowań. Od początku robiłam same dziwne rzeczy. Kładłam dziecko na podłogę, nosiłam w chuście, podawałam mleko o zabójczej temperaturze pokojowej i jestem pewna, że w średniowieczu spłonęłabym na stosie. Co prawda wydawało mi się, że ten okres minął bezpowrotnie, ale świat brutalnie sprowadził mnie na ziemię, a ja dość szybko uzyskałam przydomek internetowej matki, co to nikogo nie chce słuchać.

Kiedy kolejny raz nie potrafiłam opanować histerii potomka po odwiedzinach, które sprowadzały się do machania biedakowi nad głową pełnym asortymentem Smyka przy jednoczesnym wymawianiu świdrującym głosem dziwnych słów zrozumiałych dla nikogo, postanowiłam się sprzeciwić. Spróbowałam najpierw łagodnie, tłumacząc że to nie jest dobra ilość bodźców dla człowieka-miniatury, ale spotkałam się z drwiącymi spojrzeniami i ogólną pogardą. Być może przyczyna leży w moim wyglądzie oscylującym wokół lat dziewiętnastu, niemniej staram się przypominać często, że to tylko pozory, a tak naprawdę to siwe włosy i trzydziestka na karku (klik). Nie przyniosło to żadnego skutku, więc zaczęłam pomału odsuwać się od źródeł mojej frustracji, ale szybko okazało się, że musiałabym się odsunąć gdzieś tak na Neptuna, żeby mieć święty spokój.

W krótkim czasie dowiedziałam się, że dzieciom niezbędne do rozwoju są przede wszystkim słodycze, bajki i ustępliwość w związku z ich płaczem, a ograniczenie któregokolwiek ze składników powoduje zakalec. Nikomu nie przyszło do głowy, że jedynym zakalcem w serniku macierzyństwa jest wtrącanie się osób trzecich tam, gdzie zdecydowanie nie powinno ich być. Słyszałam, że dziecko nie nauczy się mówić, bo przecież takiej nauki można pobrać tylko od jedynej słusznej nauczycielki — świnki Peppy, oraz że skazuję syna na niedocukrzenie, bo nie podaję mu dziennego zapotrzebowania na kinderczekoladę, a to przecież poważna choroba i jeszcze wiele absurdów, które powodowały, że miałam ochotę przeżuwać runo leśne z bezsilności. Kiedy moje dziecko usłyszało od postronnych wszystkowiedzących, że pije świństwo, gdy uczyłam go pić czystą wodę, wiedziałam, że trzecia wojna światowa jest blisko. Wojna z wiatrakami.

Choć bardzo bym chciała, to nie będę mieć stuprocentowego wpływu na kształtowanie się ostatecznej wersji mojego dziecka. Mogę za to zagryźć zęby, mimo gałązek i liści pomiędzy nimi i robić swoje aż do znudzenia, chociaż bywam zmęczona ciągłą walką z innymi. Mogę dać dobre podstawy do późniejszej asertywności i żyć w przeświadczeniu, że w przyszłości to zaprocentuje. Niebawem pewnie będę z rozrzewnieniem wspominać czasy, kiedy jedyną zakazaną substancją zagrażającą mojemu dziecku był cukier. Jedno jest pewne: ciężkie życie ma każdy, kto chciałby robić coś inaczej niż większość.

Mam tylko nadzieję, że runa starczy dla wszystkich.