about
Kim jestem?
Niedoszła księgowa i autorka książek, których nikt jeszcze nie napisał. Nieprzyzwoicie niefotogeniczna, dlatego została fotografem. Posiada duży zasób autoironii i lubi odwracać kota ogonem. Na blogu pisze o społeczeństwie, relacjach i swojej skłonności do nietypowych sytuacji.
więcej o mnie

Całkiem niedawno przydarzył mi się zły dzień.

Zaczęło się jak zwykle niewinnie: a to dwanaście włosów na głowie odstawało w prawo zamiast w lewo, a to nie było w sklepie żelków w kształcie koników morskich, a to pani w kasie wydała mi resztę w dwugroszówkach.

Ten dzień był prawie tak zły jak ten, w którym biegłam w klapkach, żeby zdążyć na autobus do pracy. Spieszę z wyjaśnieniami dla tych, którzy mogli poczuć się zaniepokojeni – teraz jestem już mądrzejsza. Nie noszę klapków, nie biegam, a już tym bardziej nie do pracy, niemniej wtedy nie posiadałam jeszcze tylu punktów exp w grze zwanej życiem, co teraz, i robiłam te wszystkie niebezpieczne rzeczy niemal codziennie. Mówiąc “niebezpieczne” mam tu głównie na myśli pracę, bo wiadomo, że to grozi śmiercią, kalectwem lub trwałym uszczerbkiem na zdrowiu (nawet, jeśli pracuje się w biurze). Szczególnie kiedy jest się mną.

No więc tamtego dnia biegłam na ostatni autobus, który mógł mnie zawieźć do pracy o godzinie na tyle przyzwoitej, żebym następnego dnia też miała dokąd jechać. Ja na ten autobus zdążyłam, ale jeden z moich klapków niestety nie miał tyle szczęścia. Postanowił zsunąć mi się ze stopy, a że kąt nachylenia ziemi był w tym miejscu znaczny, to biegł w pojedynkę tak szybko, że minął autobus, przystanek i granicę z Niemcami. Zbliżał się z niebezpieczną prędkością do przejścia dla pieszych, a ludzie robili zakłady; ktoś nawet postawił dorobek swojego życia, że nie wyjdzie z tego cało, bo wcale się nie miał zamiaru na czerwonym zatrzymać. Na szczęście nic nie jechało. Przeżył.

Historia uciekającego klapka pozostawiła trwały ślad w moim życiu. Ostatecznie nie pojechałam do biura w jednym bucie, bo jednak nieco nieestetycznie byłoby siedzieć tam z jedną stopą okurzoną po kostki, a i autobus jakoś też niespecjalnie miał zamiar czekać, aż dogonię buta, wdzieję go na nogę i wrócę.

Trochę później, kiedy miętoliłam w rękach wypowiedzenie i połykałam łzy, koleżanki z pokoju podpisywały w tym samym czasie aneks do umowy z podwyżką, która powstała po podziale mojej ekswypłaty.

Ten mój nowy zły dzień był prawie tak zły, jak tamten.

Zaczęłam rozważać nawet, czy by nie zakończyć swojego żywota, bo trochę frustracji i smutku jednak już zaznałam; ale że mieszkałam na 3 piętrze, to musiałabym kombinować, bo upadek z tak niska w moim przypadku mógł skończyć się urazem kręgosłupa i przywiązaniem do łóżka na resztę życia, co jednak brzmiało niezbyt zachęcająco.

Ostatecznie zdecydowałam, by porzucić na jakiś czas ten pomysł, po czym udałam się do innego sklepu, dając mu jeszcze szansę posiadania żelków przynajmniej w kształcie wielorybów. Nie można się przecież tak łatwo poddawać. Po drodze postanowiłam zajrzeć do skrzynki, a ona w zamian wyrzygała na mnie wszystkie rachunki świata, a kiedy tak wypadały jednostajnie, moją uwagę przykuł list, który spoczął na samej górze. Prawdziwy list z dalekiej zagramanicy, ręcznie zaadresowany niebieskim długopisem, dość gruby. Wyobraźnia podpowiadała mi, że to plik banknotów, to by było, ha! Taki zły dzień, a tak dobrze się zakończył, może jakieś wakacje na Haiti, a potem to się zobaczy, jakoś dam radę z tym, że od teraz będę bogata, wytrzymam to. Szczęściara!

Wróciłam do domu, trudno, żelki poczekają, zakupy poczekają, świat poczeka. Musi, bo tu się dzieją ważne rzeczy. Trzęsącymi z ekscytacji rękami rozdzierałam kopertę, która to miała wszystko zmienić. Nawet nie zastanawiałam się za bardzo nad tym, kto mógł być nadawcą; przecież to nieistotne. Ważne, że ten dzień wcale nie będzie taki zły, to tylko głupi przedwstęp był, żebym mogła bardziej cieszyć się z niespodziewanej przesyłki. Zawsze, ale to zawsze twierdziłam, że mam skłonność do nietypowych sytuacji, a nie nazywam tego pechem, bo te sytuacje są różne, raz dobre, raz złe, a dzisiaj najwyraźniej wydarzy się coś dobrego.

Oczom moim okazał się zapakowany w folię bąbelkową przedmiot wielkości karty kredytowej.

Przedmiot typu DIY do samodzielnego złożenia. Taka chińska Ikea wprost z Aliexpress. Ze względu na kompaktowe rozmiary można go trzymać w portfelu. Zamówiony zapewne sześć lat wstecz przez poprzednią wynajmującą, dotarł wprost do mnie. Akurat wtedy, kiedy przeżywałam ten nowy bardzo zły dzień.
.
.
.
.
.
.
Nóż.

Taki już jest ten mój los, zawsze wszystko chce mi maksymalnie ułatwić. Na wszelki wypadek nie sprawdzałam, czy nóż jest ostry. Jeszcze zrobiłabym sobie jakąś krzywdę.

 

Gdyby ktoś się zastanawiał, jak to wygląda:
Nóż wielkości karty kredytowej