about
Kim jestem?
Niedoszła księgowa i autorka książek, których nikt jeszcze nie napisał. Nieprzyzwoicie niefotogeniczna, dlatego została fotografem. Posiada duży zasób autoironii i lubi odwracać kota ogonem. Na blogu pisze o społeczeństwie, relacjach i swojej skłonności do nietypowych sytuacji.
więcej o mnie

Przygarnięcie kota z ulicy to jest taka przezabawna sprawa. Najpierw znajdujesz toto biedne, miauczące, głodne i spragnione pieszczot. Chociaż w moim przypadku “znajdujesz” nie jest do końca właściwym określeniem, bo jestem przekonana, że ten kot, wychodząc ze swojego ówczesnego domu, gdziekolwiek wtedy był, miał dokładny rysopis wraz z listą cech charakteru osób, które go przygarną uczynią swoim przywódcą.

Poza tym, że członkowie jego nowego stada mieli być piękni i młodzi, co się oczywiście zgadza bez dwóch zdań, było jeszcze kilka warunków, które musieliśmy spełnić, zanim ten czworonogi potwór stwór postanowił roztopić nam serce na polewę czekoladową.

Jedną z takich bardzo istotnych rzeczy było na przykład, żeby nowi właściciele mieli dużo mięsa. Już się nauczyłam, że dostęp do mięsa musi najlepiej nieograniczony, mimo że w założeniu była jakaś dieta, czy tam próba przestawienia zwierzęcia na wegetarianizm, no bo jak to, przecież to niehumanitarne trzymać pod jednym dachem zwierzę, które zjada inne zwierza, tyle że martwe i pokrojone w kosteczkę. I co jeszcze, może podgrzać i kluseczki do tego? Drapieżniki od siedmiu boleści.

No więc nie, koty nie chcą być wegetariańskie i za nic mają tłumaczenia, że zielone składniki w diecie są tak samo wartościowe, chociaż zauważyłam, że w początkowym okresie przebywania u nas, czarne stworzenie było bardziej elastyczne, a jego kubki smakowe nie do końca wysublimowane, bo generalnie próbował jeść wszystko: od kanapek z zielonym pesto po mango i orzechy nerkowca, a z herbat najbardziej upodobał sobie białą o smaku poziomki. Bardzo musieliśmy się pilnować, co było o tyle trudne, że nie mamy drzwi do kuchni. Niestety pozostawienie czegoś nieopatrznie na wierzchu kończyło się konsumpcją wyżej wymienionego i w zależności od tego, co to było, skutki były mniej lub bardziej opłakane. Oczywiście ze szkodą dla pięknych i młodych właścicieli, którzy potem wszystko musieli posprzątać. Wiecie, co mam na myśli.

Niestety w tej kwestii kot się pomylił, bo mięso w naszym domu gości zgoła rzadko, niekoniecznie dlatego, że nie lubimy jeść zwierząt z sosikiem i kluseczkami. Zakładam, że mało kto podczas jedzenia obiadu wyobraża sobie, jak taka szyneczka za życia brykała po podwórku, skąpana w porannych promieniach słońca, bo gdyby tak było, to przecież nikt nie miałby serca tego jeść. Nie jesteśmy też jakimiś szalonymi mięsożercami, chociaż zakładam, że zanim wprowadziłam się do obecnego miejsca pobytu, to co niektórzy tutaj mogli być, ale że ja nie lubię za bardzo z surowymi zwierzątkami się obchodzić, to z musu przyjęli moje nawyki żywieniowe i mięsko to jest, ale od święta. Kot, dla odmiany, jako decydujący członek naszej rodziny zarządził, że mięsko ma być, mięska ma być dużo i jego nie obchodzi jaką trawą my się żywimy, on tego nie kupuje, a jak coś nam się nie podoba, to proszę bardzo, sami tego chcieliście, zjem wasze łydki i po sprawie. A potem najwyżej poszukam innego stada, bo po co mi stado, które nie ma łydek.

Do tej pory nie miałam styczności z takimi osobnikami, bo moje koty owszem, jadły, ale jakby od niechcenia i z pogardą zaglądały do miski, że niby: “a co to, człowiek, mi tu dałeś, serio, myślisz, że ja będę to jeść?! Może powącham i trochę poliżę… no dobra, zeżrę wszystko.” A jeden dachowiec to był, tak przypuszczam, trochę zagraniczny, bo jak zamawiałam pizzę, to on miauczał do oliwek, ale tylko do zielonych i mi je kradł, gryzł i wypluwał. Suma summarum kot zarządził i mięcho jest.

Kolejne z bardzo istotnych cech osób, które decydują się z zamieszkać z naszym kotem, czyli nas, jest naiwność i podatność na manipulacje. O losie, gdyby nie naiwność, to czarna istota, której imienia nie przytoczę, bo zwykliśmy go wołać “kot”, mieszkałaby dalej w ciemnym lesie, wesdddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddd2333333333333 3333333333333 3333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333 333333333333333333333333333333333 3333333333333333333333333333333333333333333333 3333333333333333333333333333333333333333333333333* tak długo, aż zlitowałyby się nad nim inne, może mniej ładne i mniej młode, ale równie naiwne, człowieki. Pewnie niedługo.

Po co ta naiwność? Ano po to, żeby dało się tym człowiekom szybko serce rozmiękczyć, porwać na drobne kawałki i przepuścić przez praskę na wszelki wypadek; pierwsze wrażenie plus dwa, może trzy tygodnie. Tak, żeby się nabrali, że ja to jestem taki czarny, wychudzony i biedny, miałem przez chwilę kogoś, ale mnie wyrzucił, wiesz człowiek? Wyrzucił!

-Och, biedny czarny mały kotek, ktoś cię wyrzucił, zobacz, jest taki ciepły i mruczący, tak się przykleił, a jak patrzy, a jak miauczy, widzisz w jego oczach tę nadzieję? Tę wdzięczność, którą okaże swoją kocią miłością, kiedy weźmiemy go ze sobą? Poza tym, hej, dwie godziny rozbieraliśmy i składaliśmy z powrotem auto, żeby go wyciągnąć, przecież on już jest nasz, no weźmy go po prostu.

No i wzięliśmy, i mruczał bez przerwy przez trzy tygodnie, spał w naszym łóżku, zakopując się pod kołdrą i przyklejając do naszych pleców, żeby tylko czuć w nocy, że człowieki są i nigdzie się nie wybierają. Ogólnie byliśmy jak żółwie ninja, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, a gdy wychodziłam do sklepu, to miałam wyrzuty sumienia, że on biedny miauczy i boi się, że ja już nie wrócę i nawet przez głowę mi przeszło, czy go nie zachustować, żeby zawsze był blisko, czując się bezpiecznie. Zupełnie jakbym zapomniała, że to jest kot, i to nie jest do końca to, czego on potrzebuje. Raczej jest tak, że gdy wracasz z pracy, to daje radę cię tolerować, a do drzwi podchodzi tylko po to, by sprawdzić, czy to naprawdę ty, czy może jednak coś ci się stało w drodze. W ostateczności możesz być, tylko daj jeść.

A ja, durna, uwierzyłam, że my już zawsze razem, że rodzina, że w trudnych chwilach będziemy sobie nawzajem ocierać łzy, ja mu łiskasa, on w zamian mruczenie na kolankach, wizja tej sielanki była tak bardzo przekonująca, że ani się obejrzeliśmy, a kot miał już swój pokój i laptopa, i chciał sobie nawet przywłaszczyć moją tęczową świnkę, ale mu nie pozwoliłam i schowałam do szuflady, która chyba jeszcze jest moja, ale zakładam, że przestanie, kiedy nauczy się ją otwierać. I kiedy już w naszych sercach i umysłach nie było innej opcji, że to oto najsłodsze na świecie stworzenie mieszka z nami na zawsze i nigdy, przenigdy go nikomu nie oddamy, to wtedy nagle okazało się, że ten słodki puchaty pączuszek jest czystym demonem w stroju kota, a to wszystko było bardzo dobrze zaplanowane, tylko jeszcze nie do końca wiemy po co, ale mamy już plan awaryjny, w razie, gdyby kiedyś nie wpuścił nas do domu.

A kiedy nasze firanki wyglądają, jakby wpadły w maszynkę do mielenia, zresztą i my wyglądamy dość podobnie, a już na pewno nasze łydki (smakują najlepiej nad ranem), kiedy szukamy nowego lokum, byle dalej od niego, kiedy godzinami rozmyślamy, dlaczego on w ogóle z nami mieszka i jak to się stało, kiedy opatrujemy dłonie, bo znów zagrał na nich pazurami w kółko i krzyżyk, kiedy chodzimy źli, niewyspani i pokłóceni, wtedy przychodzi to czarne stworzenie w stroju kota i znów wisi w naszych rękach jak ragdoll i daje zrobić ze sobą wszystko, nagle znów jest scottish foldem, który stoi na dwóch łapkach, i myślę, że mógłby stać się nawet pandą czy pingwinem, czy czymkolwiek byśmy chcieli, byle znowu uśpić nasza czujność i zmienić nasze serca i umysły w ciepły budyń bananowy.

 

*no co, bohater tekstu też musiał się wypowiedzieć. Niestety nie wiem, co miał na myśli.