about
Kim jestem?
Niedoszła księgowa i autorka książek, których nikt jeszcze nie napisał. Nieprzyzwoicie niefotogeniczna, dlatego została fotografem. Posiada duży zasób autoironii i lubi odwracać kota ogonem. Na blogu pisze o społeczeństwie, relacjach i swojej skłonności do nietypowych sytuacji.
więcej o mnie

Większość wolnego czasu, którego nie mam, spędzam na prowadzeniu bogatego życia wewnętrznego. Jestem pewna, że trybiki w mojej głowie, które pracują jak szalone 24/7, stworzyły już nową cywilizację i wynalazły koło. I tak jakiś czas temu z różnych przyczyn wpadł mi do głowy temat uprzejmości i nie może z niej wyjść.

Nie wiem dlaczego, niektórzy ludzie obrali sobie za życiowy cel bycie uprzejmym. W sumie nic by nie było w tym złego; stay positive i tak dalej. Uśmiechaj się do księżyca, żeby czasem nie poczuł się zignorowany, kiedy świeci ci prosto w twarz o czwartej nad ranem. Wnieś sąsiadce Tesco na dwunaste piętro. Zajmij się dzieckiem kuzynki przez pół roku, bo trafiła się jej jedyna okazja w życiu, żeby pojechać na Czekoladowe Wzgórza. Wyprowadzaj na spacer tchórzofretki swojej byłej. Zorganizuj zajęcia jogi dla pająków mieszkających w twoim domu. Wszystko to oczywiście zrób za darmo, poświęcając swój cenny czas. Zagryzaj przy tym zęby i nie mów, że ci źle, nawet jeśli w środku jakoś dziwnie się trzęsiesz. Musisz być uprzejmy. Bo tak TRZEBA.

Tak właściwie, trzeba, bo co? Bo zostaliśmy dobrze wychowani. Dobrze, czyli jak? Jak byliśmy dziećmi, to kazali nam być grzecznymi aniołkami i bawić się cicho, żeby za bardzo dorosłym nie przeszkadzać podczas próby udowadniania, że jak się dziecko pojawia na świecie, to nic się nie zmienia.

Ja miałam to szczęście (bądź nieszczęście), że buntowałam się zapewne w wieku dwóch tygodni, każąc mamie ściągać ze mnie te ohydne różowe śpioszki i zanosząc się płaczem tak długo, aż założyła mi czarną koszulkę z napisem “fuck everything”. Przynajmniej tak sobie to wyobrażam. Ciągnęło się to przez całe moje dotychczasowe życie i tak jest do dziś, bo bunt nastoletni jeszcze się najwyraźniej u mnie nie zakończył. Może po trzydziestce zacznie się stabilizować, a że to już niebawem, to jest jeszcze dla mnie nadzieja.

Mimo tej skłonności do niezgadzania się ze wszystkimi i we wszystkim niestety też nie ominął mnie etap “bycia grzeczną”. Gdzieś tam cały czas z tyłu głowy miałam przyklejoną karteczkę, że trzeba robić różne rzeczy, bo tak trzeba. Że trzeba chodzić do pracy i mało zarabiać, a potem narzekać, że życie jest ciężkie, bo tak trzeba. Że trzeba spędzać czas z rodziną, nawet jeśli się jej nie lubi i jest dla ciebie nie miła, bo tak trzeba. Że trzeba przemilczeć głupie wywody głupich ludzi, nawet jeśli mamy ochotę zepchnąć ich ze skały — bo tak trzeba. Że trzeba odwiedzać psychopatycznych dalszych krewnych, mimo że zdarzało ci się słyszeć tam przekleństwa i uchylać od latających szklanek. Bo tak trzeba.

W pewnym momencie życia, o którym na pewno kiedyś wspomnę, doznałam transmutacji i oprócz tego, że wyrósł mi róg, przez który czasem nie mieszczę się w drzwiach, to otrzymałam na powrót zagubiony niegdyś mózg (taaak, historię zagubionego organu też niebawem przytoczę), i to jaki — z funkcją myślenia! Co prawda nadal nie wiem, gdzie jest przycisk on/off, ale to nieistotne. Ważne, że uświadomiłam sobie, że wcale nie mam już piętnastu lat, i że tak w sumie to mogę już opłacić zawczasu pokój w domu spokojnej starości, żeby był z widokiem na góry. A co najważniejsze – nie mam już czasu na bycie uprzejmą dla tych, którzy mają mnie gdzieś. I tak, dalej uśmiecham się do ludzi, bo mi się chce. I dalej czasem zrobię coś dla kogoś, jeśli mnie potrzebuje. Bo chcę. Ale nie mam już czasu dla nieodpowiednich ludzi i na rzeczy, których wcale nie muszę i nie mam ochoty robić. I wam też polecam pomyśleć chwilę, czy przypadkiem życie nie upływa wam na czymś, bo TAK TRZEBA.

Tymczasem idę. Kot się przecież sam nie pogłaszcze.