about
Kim jestem?
Niedoszła księgowa i autorka książek, których nikt jeszcze nie napisał. Nieprzyzwoicie niefotogeniczna, dlatego została fotografem. Posiada duży zasób autoironii i lubi odwracać kota ogonem. Na blogu pisze o społeczeństwie, relacjach i swojej skłonności do nietypowych sytuacji.
więcej o mnie

Kiedyś. Ach, kiedyś to były związki. Ludzie wiązali się ze sobą z wielkiej miłości, a potem byli ze sobą aż po czasy, kiedy proteza biodra i szklane oko dość istotnie ułatwiały życie, a dzień był wypełniony takimi atrakcjami, jak niezakręcanie kurków z gazem czy poszukiwanie ścieżki do domu spod kontenera ze śmieciami. Na końcu tej życiowej drogi czekało pożegnanie ze światem, które odbywało się w jakiś wysublimowany i romantyczny, jak na wielką miłość przystało, sposób. W końcu nadchodził ten dzień, gdy on zapomniał, że ona zapomina zakręcić gaz, i wysadzają pół bloku w powietrze, ginąc w objęciach, albo zamarzają, trzymając się za ręce, w trakcie wielogodzinnej wędrówki wkoło własnego bloku, bo nie pamiętali, czy mieszkają pod 76, czy bardziej pod 67. Cóż, takie uroki starości.

No tyle, że nie. Z moich obserwacji wynika, że ludzie w większości wiązali się ze sobą, bo tak trzeba, a im bardziej patrzymy wstecz, tym bardziej widać, że te decyzje były raczej wysokorozsądkowe/przymuszone/nie zawsze podejmowane przez samych zainteresowanych. Tak, owszem, w niektórych przypadkach uczucie przyszło później i wszyscy żyli długo i szczęśliwie, potwierdzając to co rok kolejnym potomkiem, co było niezaprzeczalnie objawem afektu, gdyż nie było wtedy takich motywacji zewnętrznych, jak na przykład pięćset plus. Nie wszyscy jednak mieli tyle szczęścia, a jedyne co im pozostało, to dostosować się do panujących warunków, czego stopień trudności zależał od tego, jakiej płci było się przedstawicielem.

To mit, że szalona miłość znana z filmów jest mocną stroną poprzednich pokoleń. No, chyba że mówimy tu o czasach wojny, kiedy to żony żegnały swoich mężów czule i namiętnie, a potem nie było ich w domu przez kilka lat, znaczy się mężów, nie żon, ale mimo tego uczucie między nimi kwitło i miało się w najlepsze. W szczególności, kiedy taki mąż poległ, wtedy to już ich miłość miała wymiar ponadczasowy i faktycznie była po grób.

Tyle że gdybym ja miała kochać wspomnienie po moim partnerze, który jest tam gdzieś na świecie, albo jego zdjęcie, to jestem przekonana, że to byłoby uczucie bez skazy, pozbawione wszelkich konfliktów i najbardziej romantyczne z możliwych. Naprawdę, czuję, że byłabym wtedy najlepszą partnerką na pod słońcem i każdego dnia spędzałabym wiele godzin, pracując nad tą relacją, myśląc o ukochanym w samych superlatywach. Niestety, większość historii traktujących o miłości, która przezwycięży wszystko, łącznie z konfliktem zbrojnym, urywa się w momencie powrotu delikwenta do domu, ewentualnie jego śmierci, a mnie zawsze ciekawi, jak potoczyłyby się losy tego wzniosłego uczucia, gdyby dostąpiło ono zaszczytów brodzenia w codzienności, bo to ona jest największym pogromcą namiętności po wsze czasy.

Jeśli prawdziwa miłość jest wtedy, kiedy uczucie tkwi w naszych głowach, nie mając zbytnio kontaktu z rzeczywistością, to nie wiem, po co ja tworzyłam te wszystkie relacje, które do tej pory w moim życiu odegrały jakąś rolę, skoro w tej dziedzinie osiągnęłam już wszystko jakieś dwadzieścia lat temu, wzdychając do plakatu Eminema. Można się trochę ze mną nie zgodzić, bo przecież on o tym nie wiedział, ale jestem pewna, że gdyby wiedział, to kochałby mnie tak samo, jak ten mąż na wojnie kochał swoją żonę.

Nietrwałość relacji nie jest spowodowana pogorszeniem umiejętności utrzymania związków, bo zakładam, że nasi pradziadkowie niespecjalnie zajmowali się zgłębianiem uczuć swoich partnerek i było im obce „10 sposobów na poprawienie humoru kobiecie z syndromem PMS”. To był czas, kiedy każdy znał swoje miejsce w domu i płeć żeńska zwykle niewiele miała do gadania. Żaden z naszych przodków nie dbał o relacje międzyludzkie tak, jak my teraz. Internet jest przepełniony stronami i kanałami na YouTobe, które traktują o tym, jak zjednywać sobie ludzi. I często to jest właśnie powodem, że ludzie się rozstają, bo mają coraz większą świadomość siebie i swoich potrzeb. Potrafią odejść w odpowiednim momencie, zamiast męczyć siebie, dzieci i sąsiadów, tkwiąc w związkach bez przyszłości, w których przeważa frustracja, przekleństwa lub przedmioty codziennego użytku wymierzane w kierunku domowników w godzinach popołudniowych. Albo po prostu wolą żyć w pojedynkę.

A że człowiek z natury nie jest, wbrew pozorom, monogamistą, większa świadomość prowadzi do tego, że ludzie się rozchodzą, i według mnie to wcale nie jest negatywne zjawisko. Nie jestem osobą, która gloryfikuje bycie razem od przedszkola, aż po imprezę z czarnymi balonikami, bo ludzie są różni w różnych momentach życia, a to, że kochaliśmy kogoś całym sercem w wieku sześciu lat, bo połączyło nas zamiłowanie do lodów “Kaktus”, nie musi oznaczać, że w wieku lat trzydziestu sześciu będzie tak samo, bo może teraz jedno z nas woli wegańskie lody rzemieślnicze z fasoli. My się zmieniamy, nasze cele również, a na świecie jest przecież mnóstwo fantastycznych ludzi. Dlatego, zamiast dołączać się do zbiorowego narzekania na obecne czasy, cieszmy się po prostu, że każdy ma prawo dziś żyć tak, jak chce.