Zmiana nie przyjdzie sama

Kiedy skończę 18, 30, 50, 100 lat.

Kiedy przyjdzie nowy rok.

Kiedy na chodniku będzie nieparzysta liczba kafelek.

Kiedy czarny kot nie przebiegnie mi drogi.

Kiedy schudnę.

Kiedy przytyję.

Kiedy zakwitną magnolie.

Kiedy kraby zaczną chodzić do przodu.

Kiedy lwy przejdą na wegetarianizm.

Nie zliczę, ile razy i w jakich sytuacjach czekałam, aż wszystko się odmieni. Aż przyjedzie po mnie rycerz na jednorożcu z tęczową grzywą, chwyci mnie za dłoń, popatrzy mi w oczy, wypowie śpiewnym głosem: „Którędy do Sosnowca?”, a potem zabierze mnie z dala od tego całego nonsensu, w którym miałam przyjemność egzystować. Byłam święcie przekonana, że tak wygląda proces zmian: kiedy jest beznadziejnie, to jedynym sposobem jest znalezienie magicznej różdżki, której każde machnięcie nakłada tęczowy gradient na rzeczywistość. Ewentualnie wygrana w totolotka.

Bierne oczekiwanie na zmianę losu było wpisane we mnie tak, jak mocno zakorzeniona nieumiejętność określania potrzebnych ram czasowych w sytuacjach różnorakich, potocznie zwana spóźnialstwem. Przypuszczam, że wyniosłam to ze środowiska, w którym dorastałam. Niestety nie zaniepokoił mnie fakt, że żadna ze znanych mi osób takowej różdżki nie znalazła, a ich czekanie na coś, co nigdy się nie wydarzy, stało się celem samym w sobie.

Jakoś tak przyjęłam za oczywiste, że życie jest, bo jest i trzeba je jakoś przeżyć, a jeśli spotyka mnie cokolwiek dobrego, to przez przypadek i powinnam w ramach zadośćuczynienia okrążyć świat na kolanach jako ten szczęśliwiec, któremu się udało. Przecież życie to krew, pot i łzy, a kto ma gorzej, ten wyżej w rankingu. Musimy przedzierać się przez puszczę codzienności, próbując odeprzeć armię Wikingów, która kolejny raz przypuściła na nas atak… A, jednak nie, przecież mamy XXI wiek, włącz następny odcinek, bo chcę wiedzieć, czy Ragnar przeżył. Obecnie krew, pot i łzy to my mamy, i owszem. Na promocji Crocsów w Lidlu.

Trochę to straszne, jak otoczenie, w którym dorastamy programuje nas na swoje podobieństwo. Nie do końca rozumiem, skąd we mnie od urodzenia to poczucie oderwania: nie dorastałam na Bronksie, nie mam trzech nóg, a głowę jednorożca zakładam tylko, gdy jestem sama; ludzie nigdy nie wytykali mnie palcami, bo szybko przyzwyczaili się, że jestem pół człowiekiem, a pół koniem. Oczywiście trochę przesadzam, niemniej ten sposób myślenia z jednej strony zrobił mi ogólnoustrojową krzywdę w postaci wielu lat płynięcia z prądem, bo tak musi być. Z drugiej strony buntując się przeciw wszystkiemu, udało mi się wystawić nos ponad szare śródmieście smutnych ludzi i okazało się, że nie żyję na tym świecie za karę.

Mimo tego, że na wszelki wypadek popełniałam więcej błędów niż przeciętny człowiek i chyba podświadomie próbowałam się sabotować (co szło mi świetnie), to każdy fałszywy krok powodował intensyfikację procesów myślowych i w sumie efekt był odwrotny od zamierzonego.

Któregoś dnia spadł na mnie meteoryt i nic później już nie było takie samo. Uważaj, czego sobie życzysz – całe życie czekałam, aż coś się odmieni, no i owszem, zmieniło się, tyle że nie była to zmiana, której oczekiwałam. Spodziewałam się raczej, że któregoś dnia obudzę się w domku z widokiem na góry i morze, a tu życie zbudowane na zapałkach rozpadło się w każdym możliwym aspekcie – związek, mieszkanie, finanse, ludzie. Miałam dwa wyjścia: albo dalej czekać, aż coś się zmieni, szukając tej zasranej różdżki i lecąc na łeb na szyję w kierunku przeciwnym niż słońce, albo… wziąć wszystko w swoje ręce. Tak oto dzięki kompilacji szczęścia, myślenia, pracy własnej i upływu lat osiągnęłam stan szczęścia i staram się nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.

Teraz wydaje mi się to wszystko takie banalne: nie lubisz swojej pracy? Rzuć ją i poszukaj innej. Twój związek jest nieszczęśliwy? Próbuj go naprawić, a jeśli nie ma nadziei – odejdź. Nie masz pieniędzy? Zarób je. Brakuje ci towarzystwa? Poznaj nowych ludzi. Twoje dziecko cię ogranicza? Pojedź do lasu i… a nie. Tego jednak nie rób. Nie trać energii na coś, na co i tak nie masz wpływu. Skończ się zamartwiać i przestań czekać na cud. Łatwo się mówi, nie? Mnie to wszystko zajęło prawie 30 lat. Lepiej późno niż później. Jeśli chce się być szczęśliwym jak szczypiorek na wiosnę, to wystarczy przestać tego szczęścia na siłę szukać.

Jasne, że możemy wkurzać się na rzeczywistość, marudzić, że jajka za drogie, że ludzie głupi, że wszyscy nas oszukują, a w ogóle to jedna wielka mistyfikacja i nie ma żadnej różdżki. A ja wam powiem, że z tą różdżką to jest tak, jak z okularami, których szukamy, mając je cały czas na nosie. Nie dość, że trzymamy ją ciągle w ręce, to jeszcze od nas zależy, czy dzięki niej świat będzie się jawił w odcieniach szarości, B&W, czy może bardziej RGB.

  • Uczymy się całe życie, dojrzewamy do zmian i wyciągamy wnioski. Często to co wcześniej wydawało się inne obecnie przyjmuje inną postać. No i cóż czasami warto się zastanowić czego sobie życzymy …

  • powinniśmy cieszyc sie każdą chwilą dbać o siebie nie zapominając o otoczeniu to prawd niektóre sekrety życiowe nas nachodza i ich zrozumieniu

  • Grafy w podróży

    Nie każdy lubi zmiany, chyba masz rację trzeba do nich dorosnąć. Ale nie ma reguły, strach potrafi zniechęcać do działania. Zawsze powtarzam – kto nie ryzykuje ten nie żyje.

    • Warto się przełamywać, choć ważne też, by nie przesadzić w drugą stronę – gdzieś tam wewnątrz ta nasza intuicja potrafi dobrze podpowiedzieć, tylko trzeba jej się trochę przysłuchać.

  • Trzeba działać. Zmiany są potrzebne. Wtedy wiemy że żyjemy. Wystarczy sobie policzyć ile tysięcy dni zostało nam życia. Wtedy zaczynajac sobie codziennie odejmować jeden dzień zaczyna się zabawa. Trzeba pamiętać że nie jesteśmy nieśmiertelni. Nasz czas jest ograniczony.

  • Czasem, mam wrażenie, świat chce nam delikatnie dać znać, że nie jesteśmy na dobrej drodze do realizowania siebie. Ale nie słuchamy, no to daje nam znać wyraźniej! A my dalej głusi. 😀 No to w końcu dostajemy obuchem w głowę i MUSIMY coś zmienić, nawet jeśli bardzo się tej zmiany boimy. I dlatego zawsze sobie myślę, czy to dobrze, czy to źle – kto to wie. Zobaczymy dopiero z dystansu, z pewnej odległości. 🙂 Więc może to i dobrze, że czasem w życiu nadchodzą trudne momenty. Może w innym przypadku utykalibyśmy w miejscu na zbyt długo. <3

    • U mnie tak właśnie było, wszystkie trudniejsze momenty przyniosły same zmiany na lepsze i to po stokroć! Dlatego cieszę się z wszystkich swoich doświadczeń <3

  • Moją mottem jest działanie, bez niego usycham. Lubię odpoczynek, wyciszenie i chwilę na refleksję, bo są potrzebne mi do wytężonego działania. NIe znoszę bierności i narzekania, że coś idzie nie po myśli przy jednoczesnym braku chęci i motywacji do działania.

  • Iwona Siekierska

    Bierność to chyba najgorsze, co możemy zrobić w zyciu, bo niestety nikt z obcych ludzi nie zmieni naszego życia.