Walka z nieśmiałością – raz z górki, raz pod górkę

Zupełnym przypadkiem zabłądziłam na imprezę, na której nikogo nie znam. Ale, ale, przecież to dla mnie żaden problem! Podeszłam do pierwszej lepszej, sympatycznie wyglądającej grupy bawiących się twarzy podobnych absolutnie do nikogo, przedstawiłam się, rzuciłam żartem i tak oto do grona moich przyjaciół dołączyli kolejni wspaniali ludzie, a wieczór mogę zaliczyć do naprawdę udanych. Uwielbiam takie sytuacje!

Znacie to uczucie, prawda?

.

.

.

.

Ja też nie.

Bliższe są mi scenariusze, na myśl o których robi mi się nieswojo. Na przykład jednoosobowe party na balkonie i ulga, że nikomu nie udało się mnie znaleźć i zmusić do gry w butelkę podczas imprezy, albo udawanie figury woskowej za każdym razem, kiedy liczba nowych twarzy, które próbują nawiązać ze mną kontakt, jest większa niż 0.

Albo przerwy. Nieszczęsne przerwy, które zawsze się wydarzają na wszelkiego rodzaju eventach. Pół biedy, kiedy można kupić kawę i ciastko, a później z zaangażowaniem godnym głodnego dziecka z Afryki konsumować i być bardzo kulturalną osobą, która nie mówi z pełnymi ustami. Z pustymi też, ale przecież inni nie muszą tego wiedzieć.

Wśród ludzi czuję się czasem, jakbym miała majtki na głowie i cztery ręce.

Nie jestem z tego dumna. Nie jestem również dumna z tego, że swego czasu mi to nie przeszkadzało. Może dlatego, że wychodziłam wtedy do ludzi równie często, co wesoło gawędziłam w nieznanym towarzystwie, czyli rzadko. Skupiona na opiece nad niemowlakiem, rozmawiałam głównie z nim, co tylko potęgowało zjawisko, gdyż z dnia na dzień moje słownictwo ubożało o kolejne kilka słów, które niewypowiadane od miesięcy lądowały na cmentarzysku dla zapomnianych wyrazów, znajdującym się z tyłu głowy.

Problem stał się nieco bardziej uwierający w momencie, gdy zachciało mi się zostać fotografem. Okazało się, że choćbym nie wiem jak się starała komunikować za pomocą gestów, wypowiadane słowa mimo wszystko były niezbędne (szczególnie przez telefon). Oj, szybko zatęskniłam za pracą przy biurku odwróconym tyłem do koleżanek. Niemniej, ponieważ na nadmiar klientów w początkowej fazie biznesu nie mogłam narzekać, a kolejnej fazy już nie doczekałam, a raczej moja firma, bo ja żyję nadal i mam się całkiem nieźle, jakoś dawałam sobie radę.

Prawdziwy hardcore dopiero miał się wydarzyć. Po pierwsze, po rozwodzie okazało się, że moje kontakty międzyludzkie zostały nieco zaniedbane, żeby nie nazwać tego totalną degradacją ludzi istniejących w moim życiu. Po drugie, zostałam blogerę, czego najwyraźniej nie przemyślałam dokładnie, bo chyba nie muszę wam mówić, gdzie jest miejsce nieśmiałych blogerów. Nie wiem dokładnie, w którym miejscu leży, ale zapewne bardzo daleko od jakichkolwiek sukcesów. Trzeba było zatem odpowiedzieć sobie na pytanie: jak przestać być nieśmiałym?

Miałam do wyboru pozostać w strefie komfortu i spędzić resztę życia pod krzesłem, naiwnie licząc na to, że nikt mnie tam nie zauważy, albo spróbować zawalczyć z własnymi demonami, co też ostatecznie wybrałam, choć do dziś sama się sobie dziwię.

Jako że nabyłam pewne doświadczenie, przechodząc przez niełatwy proces otwierania się na innych człowiekowatych, pomyślałam, że może komuś potrzeba słów wsparcia dla potwierdzenia, że tak w ogóle się da.

A da się?

Ano da się. Początkowo wydawało mi się, że nieśmiałość to wada wrodzona i za każdym razem, kiedy będę musiała otworzyć gębę do kogoś obcego, będę umierać w ten sam sposób i ciągle od nowa. Okazało się jednak, że trenować można nie tylko pośladki, ale też ciało migdałowate, a raczej nową korę, Jej zadaniem jest zapanowanie nad ciałem, które wpada w histerię zawsze, gdy w pobliżu znajdują się nieznajomi gotowi do ataku.

Na oczy nie widziałam żadnego ciała ani kory w mózgu – nigdy tam nie zaglądałam, ale że lubię teorie, którymi da się wszystko wytłumaczyć, to za każdym razem, gdy mam zrobić coś stresującego, powtarzam sobie, że trenuję ciało migdałowate. A treningi zawsze w cenie, szczególnie kiedy nie trzeba się za wiele ruszać. Świetnie opisała to na swoim blogu Berenika z bloga Lepiej Myśleć: SPOSÓB NA NIEŚMIAŁOŚĆ – DESENSYTYZACJA 1.0

Zaczęłam to wszystko traktować trochę jak próbę sił i po pierwsze, pokonywanie słabości smakuje jak tiramisu, a po drugie ciała migdałowatego nie da się przetrenować i każda kolejna interakcja z nieznajomymi jest łatwiejsza. Po pewnym czasie takie zachowania wchodzą w nawyk i ani się obejrzysz, a już rzucasz się na szyję lubianemu blogerowi, który ostatecznie okazuje się być tylko fanem w koszulce z jego logo (true story. to nie moja wina, że nigdy nie pokazał twarzy). Już nie ma czasu na to, by się zestresować przed rozmową z obcymi z tego świata, bo to po prostu się dzieje bez przemyślenia. Pewnie, że nie jest idealnie i czasem nadal udaję wystrój pomieszczenia, w którym się znajduję. Daleko mi do ekstrawertyka, ale nie o to chodzi, żeby przeszczepiać sobie osobowość, o czym pisałam więcej tu: Czy introwertyków należy zrzucać ze schodów?

Wiadomości dla nieśmiałych są dwie: dobra i zła.

Dobra jest taka, że da się z tym cholerstwem walczyć. Zła jest taka, że niezbędne do tego procesu będą: spacer poza strefę komfortu, nieznajomi, i coś, czego początkowo raczej nie będziemy lubić, czyli rozmowa z nimi. Niestety nie wystarczy obłożyć się na noc książkami o walce z nieśmiałością, by rano obudzić się bez tej przypadłości. Nie da się tego zrobić bezboleśnie, ale dyskomfort zmniejsza się wraz z ilością doświadczeń i upływem czasu.

Jeśli naprawdę zależy nam na tym, żeby nie stać się samotnym dziwakiem dokarmiającym dzikie szynszyle, to szanse na powodzenie są wysokie. A potem takie szaleństwa, jak wyjście z domu wypad do kawiarni czy wyjazd na konferencję w pojedynkę stają się realne. A w razie czego… Zawsze można zamknąć się w swoim introwertycznym świecie, by naładować baterie na kolejne spacery poza strefę pluszu.

 

  • Eulampia Romanowa

    Trzymam kciuki, wygląda na to, że świetnie sobie radzisz. A na nieśmiałość blogową pomagają życzliwe komentarze. Jedna mała zachęta i już nic nie wydaje się beznadzieje. Pozdrawiam serdecznie.

    • Masz rację, miłe komentarze naprawdę dodają skrzydeł : ) pozdrawiam również!

  • Bardzo fajny tekst, bardzo fajnie napisany!

    Ja byłam zawsze tak na maksa nieśmiała, że kiedy byłam w szkole muzycznej, nie chciałam wyjść na pierwszym szkolnym koncercie na scenę i zagrać mini-utworek na fortepianie i moja pani musiała mnie wziąć za rękę i zasłonić całą publiczność. 😉 Z czasem przełamałam te strachy i przywykłam!

    Ale – do tej pory nadal ciężko jest mi zagadać do nieznajomych. Jeśli ktoś nawiąże kontakt ze mną – staję się gwiazdą towarzystwa. Ale w innym wypadku jest duża szansa, że przetrwam imprezę w milczeniu. 😀

    • Fantastycznie, że udało się przełamać! Mnie też jest czasem ciężko, na szczęście to uczucie, kiedy uda się pokonać swoje strachy jest na tyle przyjemne, że potem chce się to powtórzyć jeszcze i jeszcze : )

      • Otóż to! Chęci pokonywania tej swojej nieśmiałości nie da się później zatrzymać. 😀

  • Jakże Cię rozumiem! 🙂 Taka była sytuacja, że przez połowę życia rozmawiałem sam ze sobą… I dopiero kiedy nauczyłem się mówić po raz drugi, zaczęły się schody! Mój patent to zaczynać rozmowę przy każdej okazji… do kasjerki w sklepie, do współpasażera w tramwaju…. I tak krok po kroczku, krok po kroczku… 🙂 Jak dobrze przeczytać coś, co człowiek rozumie w 100%! 🙂

    • Jak dobrze wiedzieć, że nie tylko ja tak mam : )

  • Oh, jakbym czytała o sobie! Co prawda, od długiego już czasu, udaje mi się przełamywać lody, a prowadzenie bloga na pewno mi w tym pomogło. Punktem przełomowym są zawsze duże imprezy dla blogerów, gdzie poznaję mnóstwo nowych ludzi! A jeszcze 2 lata temu, byłoby to nie do pomyślenia 😉

    • Zdecydowanie, prowadzenie bloga w moim przypadku to był wielki skok do przodu w tej kwestii, czego się zupełnie nie spodziewałam kiedy go zakładałam : )

  • Pierwszy raz wpadłam do Ciebie, ale zostaję na dłużej. Świetnie się Ciebie czyta, a co więcej temat jest mi bliski 🙂

  • Po raz kolejny potwierdza się, że warto walczyć ze swoimi demonami. Inspirujesz!
    A ja uwielbiam każdy Twój tekst.

  • “Wśród ludzi czuję się, jakbym miała majtki na głowie i cztery ręce” – trafne 😀 Tyle tylko, że ja teraz nie jestem moze jakoś specjalnie nieśmiała, tylko raczej introwertyczna i to jest mój wybór. Tak to sobie tłumaczę 😀

    • A to jest całkiem zdrowy objaw ludzi, którzy wolą własne towarzystwo, doskonale to rozumiem : )

      • W sumie, mam na to wytłumaczenie – nadmiar bodźców w pracy 🙂

  • Zupełnie z nieśmiałości wyleczyć się nie da, zresztą w małej dawce nie jest ona szkodliwa. Też próbuje gadać, do kogo się da, ale u mnie jest problem przełamania pierwszego kontaktu, potem już jestem otwarty na ludzi

    • Dokładnie tak jest, najtrudniejszy jest ten moment przełamania, a potem już jakoś idzie : )