O tym, jak stałam się ofiarą konsumpcjonizmu

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma centrami handlowymi, kiedy byłam jeszcze mentalnym dzieckiem wobec świata zakupów i nie wiedziałam dlaczego “konsumpcjonizm” to brzydkie słowo, pozwalałam sobie na zakup różnych rzeczy bez względu na to, czy miałam pieniądze, czy też nie. Odpowiedź na pytanie: “jaki telefon wybrać” była jednoznaczna — zawsze chciałam mieć najnowszy, więc kiedy wychodził kolejny model tego, który akurat posiadałam, ten dostawał ode mnie drugie życie na Allegro, a ja kupowałam nowy. Proste? Proste. I głupie.

Niestety w ostatnich latach sprawa się trochę skomplikowała. Dorosłam pod tym względem i świat materialny przestał być dla mnie aż tak istotny, co nie zmienia faktu, że nadal cieszę się trochę za bardzo, kiedy na przykład po dwunastu siedemnastu latach mogę wymienić Nokię 3310 na coś nowszego. Rozważałam zakup 3510i, ale okazało się, że już jej nie produkują, a tak naprawdę to w moim smartfonie, którego historię już opisywałam (o tu), pękł aparat no i chcąc nie chcąc musiałam rozejrzeć się za czymś nowym, bo Instastories zaczęły wyglądać jak kręcone tapczanem.

I tak od kilku dni buszowałam sobie po serwisach aukcyjnych, szukając godnego następcy. Po wielu godzinach spędzonych na roztrząsaniu arcyważnych dylematów, czy obudowa ma być w kolorze “twilight”, czy raczej “rose gold”, albo czy istotniejsza jest funkcja tostera, czy ekspresu do kawy — można powiedzieć, że dokonałam wyboru, bo przecież najbardziej liczy się, żeby telefon dobrze robił pranie. Oczywiście jak to ze mną bywa, rozwiązanie nie mogło być tak proste, bo nagle wszyscy na świecie też zapragnęli tego telefonu, więc kiedy zabrałam się za dokonywanie zakupu, okres dostawy wahał się od dwóch tygodni do miesiąca, a że taki okres oczekiwania w moim przypadku grozi śmiercią lub kalectwem, postanowiłam sprawdzić sklepy stacjonarne. Na stronie jednego z nich pisało: “odbierz w sklepie już za godzinę”. Wyobrażacie sobie to? Za godzinę! Poczułam, że pocą mi się dłonie. Czym prędzej dokonałam rezerwacji i już nic nie robiłam, tylko siedziałam i czekałam, aż ta godzina upłynie i będę mogła się przyczynić do wzrostu PKB, a potem moje życie się odmieni i będzie piękne jak na tych reklamach telefonów. No nieważne.

Po czterech godzinach okazało się, że to był tylko błąd systemu i MÓJ telefon zamówił przede mną ktoś inny, ale jeśli by się rozmyślił, to bardzo uprzejma pani zadzwoni do mnie z taką informacją, bo to była akurat ostatnia sztuka. W tym czasie byłam już w drodze do innego sklepu.

Wiecie, takiego prawdziwego sklepu jak w dawnych czasach, że wchodzi się do środka i ludzie podchodzą do nas z pytaniem “W czym mogę pomóc?” zawsze wtedy, kiedy jesteśmy apaczami, a kiedy akurat raz w życiu chcemy o coś zapytać, to ziemia się rozstępuje i wszyscy pracownicy zostają natychmiast pochłonięci przez otchłań piekielną. I te sklepy to są niesamowite, bo tam się wchodzi, kupuje coś i dostaje się to od razu, ale tak NA-TYCH-MIAST, zapakowane w firmową reklamóweczkę za 0,50 zł. Żadnego czekania na kuriera przez tydzień, bo tam jest wszystko na miejscu. No WSZYSTKO, oczywiście poza moim telefonem w kolorze zmierzchu. Na szczęście miły pan zechciał zamówić go specjalnie dla mnie już na jutro, ale że ja byłam nieufna po poprzednim fiasku “już za godzinę”, to na wszelki wypadek zamówiłam go jeszcze w trzech innych sklepach. Noc była ciężka, ale wyjdę z tego.

No i kiedy dzisiaj rano rozdzwoniły się telefony, a skrzynka została zapełniona wiadomościami, że oto mogę już odebrać mój wymarzony owoc postępu technologicznego, to ja poczułam, jak opada ze mnie to całe napięcie i z wielką radością w sercu powiedziałam, że bardzo, ale to bardzo dziękuję.

.

.

.

A potem zamówiłam w Internecie inny model.

  • Im większy wybór, tym trudniejsza decyzja. Im więcej chcemy, tym tak naprawdę mniej potrzebujemy.
    Kiedyś sporo kupowałam, teraz staram się ograniczać zakupy do minimum. Jedynym wyjątkiem są książki. Te są zawsze mile widziane w moim domu.

    • Ja z książkami zawsze miałam problem, bo z jednej strony uwielbiam czytać i kupować, a z drugiej miejsca w domu coraz mniej. Przerzuciłam się na czytnik i abonament książkowy, i tak wilk syty i owca cała 😉 z całą resztą rzeczy mam podobnie – aktualnie im mniej, tym lepiej.

  • hahaha 🙂

  • Kobieta zmienną jest 🙂 Świetny wpis, uśmiałam się 🙂

  • Moniko, jak tylko będzie przyszłoroczny share week, to plis, przypomnij mi, żebym Cię zgłosiła. Daaaawno w sieci się tak dobrze nie czułam, jak u Ciebie, chce więcej, chce newsletter, chce wspólny projekt, chce kawę. I nie chce przy tym pracować ani się nie śmiać. Ściskam wirtualnie!

  • Niby żyje nam się łatwiej, bo postęp, bo technologia, ale okazuje się że z tym łatwiej to wcale tak nie jest. przy tak bogatej ofercie świata można dostać kręćka 🙂

  • Bea Miko

    Ja na szczęście wyzwoliłam się w porę i teraz kupuję tylko to, czego naprawdę potrzebuję 🙂 Fajny blog !

  • hahaha 😀 oj skad ja to znam, takze, od jakiegos czasu staram sie byc minimalistka i kupowac wylacznie to co potrzebuje, moj telefon tez ledwo co dycha, ale dopoki zupelnie sie nie rozlozy nie kupuje innego..a jak bede zmuszona to nie mam zamiaru wydawac miliona monet, wole pieniadze przeznaczac na nowe doswiadczenia niz na rzeczy materialne…a co do zmiany wyboru, coz ja zanim w koncu cos kupie to z milion razy zmieniam zdanie wiec wydaje mi sie to calkowicie normalne 😀

    • Czyli nie tylko ja tak mam, kamień z serca! 😀